miłość

część trzecia, ostatnia

Ostatnia nasza wycieczka to jak na lodowiec żeśmy. Tylko że na lodowiec to trzeba dobre auto. Są znajomości, są zniżki, za jedną dobę płacimy tyle, ile się w Europie kontynentalnej za niemal tydzień. Ale auto, że po górach, dziurach, chmurach. Ja siedzę cała ładna, organizuję już w głowie opowieści, bo to podróż na 240km. Nikt się z nas nie spodziewał, że to podróż na siedem godzin.

Jedna z pierwszych rzeczy, jakie słyszysz o Islandii to, że pogoda zmienia się co kwadrans. I że co kwadrans zmienia się krajobraz i droga, po której jedziesz. Zdaje się kokieteria, nie? Zdaje się. W XVII wieku czeski podróżnik, Daniel Vetter, pisał o islandzkich drogach tak: ‘Dróg, któremi by się wozem jechać mogło, żadnych nie masz w Islandyi’, a dalej: ‘drogi na tej wyspie niecnotliwe są, któremi i piechotą czasem przejść niepodobna’. Jedziemy.

This slideshow requires JavaScript.

Krajobrazy z kosmosu i księżyca, i horyzonty, co się je powinno przez ch. Cicho jest, szaro i nikogo. W obwodzie rozległa piaskownica. Tylko pagórki jak tabuny wielbłądzich grzbietów. My po nich góra dół, w nieskończoność. Super musi z oddali wyglądać nasza niestrudzona bryka.

Droga bywa, że jechać nieraz przychodzi przez rzeki dziwnie bystre, przez które inakszym się sposobem nikt przeprawić nie może telko na koniu’. Wokół nikogo. Ni konia, ni ptaka nawet, robaka. Jedziemy już kilka godzin, a nie minął nas nikt i pewnie długo nie minie. Jak utkniemy, będziemy się pluskać w wodzie, B. nie wyjedzie i nie zostawi mnie na kolejne tygodnie, fajnie. Ale też jak utkniemy będzie ryk. Niby spokojna doglądam paznokci. ‘Nie boi się, telko się trzimai dobrze, o niczym nie myśl, jeno o tym, żebyś się mocno dzierzał’. Jedziemy. Pierwsza rzeka, druga rzeka, trzecia rzeka.

Szaro buro, czerwień i czerń. Ta droga nie ma końca. Raz na sto godzin jakiś znak, co powinien upewniać, że to wciąż dobry kierunek. Ale wierzyć się nie chce. I nagle cud, z naprzeciwka karawana! Trzy auta, tumult i tumany kurzu. Emocje po niebo. My uśmiechnięci jak Staś i Nel.

Do Kverkjökull dojeżdżamy chwilę przed północą. Ani na moment nie opuszcza nas przekonanie, że na świecie zostaliśmy sami. A i nabiera ono mocy, kiedy do lodowca bliżej, kiedy wyżej i wyżej, pośród błota i śniegu. Jest jaskinia lodowa, jest ciemno i pusto, bardzo miękko. Błoto zatapia nam buty. Trzeba szybko iść, żeby nie ugrzęznąć. Wokół nas tylko góry. Za każdą górą góra następna. Niekończący się szlak wybrzuszeń, syzyfowy raj. Pokonujemy kilka wzniesień, ale jesteśmy bardzo zmęczeni i dużo ziewamy. Odpoczywamy więc na kamieniu, marząc o hamburgerach i kąpieli. To nasz ostatni wspólny wieczór. W najspokojniejszym miejscu na ziemi. Bezdźwięcznym. Bezludnym. Bezbrzeżnym. Siedząc w tych górach, gadamy o bzdurach. Na moment robi mi się smutno, że B. jedzie, ale tylko na moment, bez szału. W końcu on prosi mnie o chodzenie, bo oficjalnie nigdy nie prosił, ja się tego domagam, on dosłownie mówi zdanie, czy będziesz ze mną chodzić, ja się śmiejąc, zgadzam, obiecując też przy tym, że po śmierć będę miła, wszystko mogłam wtedy od tego zmęczenia obiecać. Wracamy, B. rozkłada namiot, ja stojąc, śpię i zamarzam. Jest piąta rano, jasno jak nie wiem i zimno, śpimy przy lodowcu.

This slideshow requires JavaScript.

A później z powrotem, ja cała pod kocem, on mnie budzi przy kawiarni, na kawę i ciacho, mam smutną buzię, a jak wsiada w samolot ja podnoszę potworny ryk.

 

Advertisements

miłość

część druga

Od początku tam chciałam najmocniej, B. chciał tak sobie. Miłość to kompromis, jedziemy. Myvatn to jezioro komarów. Ponoć ich chmara, myśmy ni pół. To w ogóle jedyne miejsce w Islandii, gdzie insekty. Dobrze, bo muchy mam w nosie. No i to tereny powulkaniczne są, pola lawy, kratery, bajery, jaskinie, wąwozy, żeby zobaczyć całość, musisz wejść na wał i wszystko z góry. Lecimy.

Wał wygląda niestromo, cały z piasku, niewinny, jakby nieruszony. Jest maleńka ścieżynka, akurat żeby tip-topem. Idę pierwsza, gadam długo, mnie B. nie słyszy, bo wieje, ja tego nie wiem, peroruję. Niestroma górka robi się ot stroma, ani się spostrzegam, ramieniem już szuram wał, chwila moment zlewam się z górą, z prochu powstałeś, w proch się obrócisz, trudno wyprostowanym, nie ma, że na kolanach, jest za mało miejsca, widzę dół, nie widzę góry, dół mnie przeraża, jeden nieuważny krok i lecę, osunę się po tym piasku, sturlam, a rozpędzając, przeobrażę prawdopodobnie w kulę, perpetuum mobile, nikt mnie nigdy nie zatrzyma. Staję. Nie mogę zrobić kroku, poparaliżowana. B., że no co jest, dawaj, chciałaś iść. Już nie chcę, chcę tu, tu mi się podoba, tu doczekam starości. Wewnętrznie płaczę, w ogóle nie wiem jakie miny robić, by tego płaczu nie, B. cierpliwie czeka, nie czai trochę, bo durny, nagle z góry lecą ludzie, w podskokach, jakby w ogóle pozbawieni byli refleksji, albo jakieś supermeny, ja nie wiem, ale od tego zaczynam płakać zewnętrznie już, B. się cudnie uśmiecha, trzyma mnie za rękę, to nic nie daje, ja nie idę, tu się możemy rozstać, wcale mi nie zależy. B. mnie ostatecznie i cudem wyprzedza,  ja się drę nie!, on mnie za kaptur ciągnie do góry. Damy radę.

Łzy mi kapią w piasek, myślę, mamuś tatuś, słowem się nie odzywam, ten gada, wieje wiatr, ja nie wiem, o czym. Idę pokracznie, w ogóle już nie bacząc, by wyglądać ładnie i zgrabnie, liczy się życie i bezpieczeństwo. Idę, nabierając garście piachu, żałując, że nie ma gałęzi, skały, kamora choć, co bym się w razie gdyby złapać mogła mocniej. Wiatr mi piaskiem w oczy, wiatr mi plącze włosy, gorąco mi od swetrów i źle, wizualizuję tapczan i fotele, wizualizuję beton i blat. Wieje coraz mocniej, znak, że coraz jesteśmy wyżej. Myślę, jeszcze zejść trzeba, Jezus, najbardziej bym na pupie, na kurtce siedząc, sterując kapturem, hamując nogą, powodując lawinę.
Jesteśmy na szczycie. Ja o czerwonej buzi, co ze zmęczenia i strachu. Brudna od piachu. Jest oczywiście cudnie, stylistyka westernu. Wszystko paruje i bucha, tumany kurzu jakby właśnie przejechały konie. Stoimy chwilę, wiatr, że czapki z głów.

B., że cho na dół, połazimy po lawie, ja że pewnie, królik, lećmy. Nieważne, że właśnie pojęłam jak kruche jest życie, że wewnętrznie cała się trzęsę i gdybym mogła resztę dnia tuliłabym się do miśka koali, bo miśki tak mogą, zdaje się, w nieskończoność. Schodzimy. Często w takich sytuacjach, gdzie stromo, co te sytuacje widzę głównie w telewizji, myślę, że zbiegłabym najszybciej jak się da, drąc się przy tym wniebogłosy. Myślę, że strach trwałby krócej. Prawdopodobnie życie też. Idziemy najwolniej na świecie. Widzę dół, nie widzę góry, dół mnie przeraża, jeden nieuważny krok i lecę(…).

This slideshow requires JavaScript.

Pola lawy to są takie bezbrzeżne czarne góry i doły, po których ja łażę zupełnie niezatroskana o los, bo i już nie mam siły panikować, jak tu coś wybuchnie, to wybuchnie, B. zaś udaje, że strzela z rewolweru i wspina się na każdy pagór.

This slideshow requires JavaScript.

Po tych jego męskich zabawach do wieczora, jedziemy na Błękitną Lagunę, by posiedzieć w termach. Do północy taplamy się w gorącu, raz po raz leniwie ruszając ręką czy nogą. Jest potwornie romantycznie, woda jak mleko, mgła i deszcz, do granic zrelaksowani, mówimy do siebie monosylabami.

Później jemy kanapki z serem, ja z kanapką w buzi śpiewam, B. już trochę nie może mnie słuchać, wracamy do domu, jest trzecia w nocy, jest jasno, niebo ma kolor czerwony, lato w pełni, na ulicach nikogo, barany śpią. To nie pierwszy raz, kiedy bawimy się w bezludną wyspę. Podczas następnej wyprawy, kiedy na lodowiec, minie nas jedna wycieczka co z trzech aut. A my będziemy przez góry i wody, interiorem, drogą pylista, drogą polną i upstrzoną jedynie ostrzegawczymi znakami, że nierówno, zamknięte, za tym garbem nic nie widać, uważaj, uważaj, uważaj.