Pani S.

Raz było, że pani S. podeszła do mnie z wyciągniętą w nauczycielskim geście dłonią i poczęła wachlować mnie nią w rytm opierdolu. Poszło o to, że dałam gościom szklankę i talerz, co nie mieli na czym chleba pojeść, z czego wody pić. Skoro tak będę dawać wszystkim wkoło, usłyszałam, nikt nie przepłaci za kolację u kucharza z Miami, który od południa ślizga się pijany po kuchni, nie umiejąc przeczytać, co dziś w menu, które przecież własnoręcznie.

S. drze się w ciągu dnia wielokrotnie. Na przykład przyjeżdża rano w swoich sukienkach z zasłon i firan, i adidasem gna na salę śniadaniową, zobaczyć w jakim stanie jest półmisek pomidorów. Jeśli pomidor za gruby, będzie ręka, jeśli za cienki, będzie ręka, jeśli za mało, za dużo, jeśli zielony zbyt. Lubi oprzeć się o stół, przy którym jemy, by wypełnić każdą minutę naszej przerwy monologiem na temat swoich na ów dzień oczekiwań. Myślałam, żeby może ładnie coś udekorować, mówi, kiedy sezon w pełni i czasu na nic, może kwiat, kamyk, wazon. Wiadomo już, że w taki dzień walniemy nadgodziny, robiąc jakieś wianki z gałęzi, otrzepując z kurzu wypchane ptaki. To wszystko mało. Duma więc S., by więcej coś, i zaraz ma, jest, dzwoni, zaraz już jedzie do nas z samej stolicy artystka od szkła, co najpiękniejsze tworzy obrazy o wypukłych górach. Wiezie ich cały samolot. Każde to barachło S. okleja dupną metką 45 tys. koron. Wiesza gdzie bądź. Już jest pięknie i na poziomie. Któreś z nas stłucze kiedyś jedno z tych cudów, zahaczając odkurzaczem. Będzie ręka. Sztywna jak myślnik i długo pod brodą. Będzie lament i ryk, i niedowierzanie. Pani S. chodzić będzie od osoby do osoby z tą potłuczoną sztuką i palcem wymierzonym w winowajcę, i palcem kręcącym zaraz kółka przy skroni, i dowie się każdy o niezdarności winnego, dowie się każdy gość i pies, i koń. Tak miałam z tą szklanką i talerzem, wszyscy słyszeli. Że musiałam najpewniej zwariować, że nie mam za grosz głowy, kto to widział w domu gościnnym zastawę rozdawać stołową jak ulotki.

Albo jak inny ktoś szklanki przestawił z dolnej półki na górną, ile wiatru było w holu, co ta leciała tam i z powrotem, zatrzymując kogo się da, od nowa w zająknieniu tłumacząc, szklanki były tu, a są tam, oni sobie robią co chcą, to jest moja kuchnia, no niechże łaskawa pani powie, a oni przyjeżdżają z Portugalii, z Polski, przekładają, ja mam, proszę pani, 60 lat, ja takich rzeczy nie mogę, oni mnie nie szanują, ceratę mi też przekręcili, mało nie podarli, a piękna, teraz krótsza strona tam gdzie dłuższa i odwrotnie, jak żyć, miła pani.
Bywało, że darła się na gości. Ot przychodzi do mnie baba, że nie chce pokoju z widokiem na parking, co robić. Patrzę więc w komputer, wtem S., że co się dzieje, o co chodzi, tłumaczę, już wiedząc, że będzie dym, dym po sekundzie, droga pani, ja mam 60 lat, własnymi rękami z mężem budowaliśmy ten hotel dla pani, a pani teraz przyjeżdża i kręci nosem, to jest doprawdy nie do wiary, takie zachowanie, nie mam innych pokoi, ludzi jest masa, wszyscy zadowoleni, tylko nie pani, jak się pani tak bardzo nie podoba, to co z mężem własnymi rękami, latami, a mamy ich po 60, wie pani, budowali, trudno, jest mi bardzo przykro, jestem dotknięta, stara i dotknięta, pierdolnięta.
Raz wbiega nam na budę, gdzie obok pralnia. W tej pralni się tłucze jak szop, jak tuwimowska lokomotywa ucha i bucha. My od niej kilka centymetrów, a jakby nas nie było, ostentacyjnie z wami nie gadam, bo właśnie na całego oszalałam i tarmoszę brudne ścierki. Raz wyła, kiedy jedno z nas w zielonej przyszło koszulce serwować kolację. Kto to widział, takie nieuszanowanie, pośród kryształów i duszonej baraniny, jak fleja.
To ryczy, to krzyczy, to tuli nas, miętosi, przeprasza i prosi. Zaraz nagada komuś, że ci ludzie z Polski, wzięłam, przygarnęłam, dach dałam, a oni o. To nas wysyła po basenach, po sąsiedzkich farmach, byśmy coś z życia, z tej Islandii pięknej, to przecież taki piękny kraj, wy nigdzie nie jeździcie, siedzicie, wytrzymać się nie da, a jak wracamy wieczorem, to ona stoi przy krzaku, cała w falbanach i szaleństwie, i nic nie mówi, tylko wzdycha najgłośniej, patrząc na niewyrwany chwast.
Raz śpiewa gościom do kolacji, raz mija ich bez słowa, nie bacząc, że proszą o pomoc. Zwalnia kucharza za kucharzem, zwalnia Portugalię, Polsce daruje, zatrudnia swoich, jednak co swój to swój, a oni nic nie robią tylko gadają tymi swoimi osiemnastosylabowymi wyrazami, mają po sto lat, więc trzeba większość za nich, wszyscy przemili i zaskoczeni, ta pani to taka troszkę niepoważna, co?

Pani S. ma męża, dwoje dzieci, wnuki, hotel, kredyt i gości z całego świata. I zmiany nastrojów w piętnastominutowych interwałach. Od kwietnia do września pracuje po 18 godzin dziennie, lubi wino i tanie romansidła, zamsz, welur i kolor bordowy, jest królową dramatów i postacią znaną na całym wschodzie. Dużo siedzi w biurze, ciasnym jak pudełko zapałek, płacząc na całego, by nikt nie miał wątpliwości o jej bezbrzeżnym nieszczęściu. Albo siedzi odrętwiała jak mim, otumaniona, w bezruchu patrząc w punkt kilka godzin. Okno jej biura, jak wizytówka, wychodzi na główny zajazd dla gości. Kiedy nabierze już energii, leci korytarzem, na oślep wydając bezsensowne polecenia. Już jest u majstrów, już im pomaga szkło hartowane nieść, sama weźmie, choć ciężkie jak diabeł. Już rozstawia wszystkich po kątach, elektryk ścierką przeciera sztuczny kwiat.