goście, goście cz.3

W połowie maja znowu goście. Ci przywożą prezenty. Przywożą pierogi i ser. Żołądkową gorzką. I nawet nie chcą objeżdżać kraju w dwa dni, co dziwi, bo wszyscy chcą. A oni nie, im starczy Reykjavik, obecność moja im starczy, bo jestem fajniejsza niż wszystko. To spacerujemy. Pokazuję im Harpę, a oni jakby w niebie byli, oni na wszystko wow, na wszystko ale akcja, przez szklaną ścianę patrzą w ocean. Oni oglądają murale po mieście. Ja stoję jak głupek, zupełnie stoję nieprzygotowana, bo jak to według murali oprowadzać, nie wiem, gdzie murale są, wiem, gdzie są atrakcje, co mówi o nich przewodnik, atrakcje, o których na ostatnią chwilę czyta się w samolocie, a później egzekwuje. Nagle oni mnie prowadzą i mi pokazują, tu mural, tam mural, to jest miasto murali, widzę. W ogóle ci goście chcą łazić od rana po noc, zupełnie są niestrudzeni. Opowiadam im więc, tu jest Kaffibarinn, tutaj kręcili 101 Reykjavik, tu Prikid jest, mój ulubieniec, tu się ponoć od 1951 roku nie zmieniło nic, krzesło stoi jak stało. Tutaj macie sklep z suwenirem i pana, który nauczy was islandzkich słów, czy tego chcecie, czy nie, będziecie tam stali z pluszowym puffinem i cali czerwoni na buzi powtarzali za panem góðan daginn, co brzmi jak ‘konam, daję’, a znaczy dzień dobry. Prowadzę ich Laugavegur, główną ulicą miasta, po sto razy z góry w dół, tu jest Big Lebowski, tu się pija white russian i tańczy do świtu. Tu Bonus, najtańszy sklep ze wszystkich, w którym dostaniesz jaskrawożółtą reklamówkę z różową świnią, że skarbonka, że oszczędzasz. Lub że przynależysz do biedoty. Dalej Dillon, ciasnawa mordownia, w której muzykę puszcza 65-letnia Andrea o siwych włosach po pas, wszyscy ją tu znają, niedawno pisał o niej Grapevine. Tutaj macie polski sklep – Jubi – można w nim kupić pączki z lukrem, można sok malinowy z Paoli. Tu o – sklep z ubraniami dla podążających za modą, która podąża donikąd. Są suknie do ziemi i z bufonami, bluzki są z wydartymi rękawami i w ich miejsce nogawkami, wszystko osnute koronką, przepasane paskiem z fikuśnego zwierza, organic, eko, gluten free. Dalej sklep jest tajski, co ma taką wystawę, że można się zadumać jak się duma nad dziełem sztuki. Macha z niej wielki kot, manekineko, i tysiąc małych, gapi się z niej wielki pies, od psa większa jest tylko złota dłoń, wszędzie stoją szklanki z zatęchłą wodą, ogromny kwiat, karoca, barachło, wszystko złoto, wszystko świeci. Na Laugavegur jest muzeum penisa. Siedzi tam grubawy pan, sprzedaje bilet za biletem, papierosa pali za papierosem, cały otoczony baranim jądrem. Jest jeszcze Zebra z polskimi kremami, jest Tiger, w którym można tanio do domu pobrać, czy deskę, czy talerz. Jest Red Cross, w którym swetry z barana, knajpy w których można do rana.

Tak łazimy po mieście cały dzień, idziemy do starego portu, idziemy na hot dogi z budy, które też w przewodniku, olaboga tu Bill Clinton jadł. A później idziemy do Snapsa, do którego każdy pójść musi, jak tu przyjedzie, każdy, każdy, bo tam najlepsze jedzenie mają i klimat. W Snapsie siedzi Bjork, bo Bjork najczęściej siedzi właśnie tam. I moi goście już zupełnie mówią, ja pierdolę.

A rano jedziemy w świat. Jednak. Na biwak. Tylko wyjeżdżamy z Reykjaviku, trzy kroki, tam już kamień na kamieniu, serce na ramieniu. Mijamy wodospad, Seljalandsfoss. Można pod nim przejść, można caluśki obejść, zmoknąć kapkę i drzeć się z radości. Co robimy. A chwilę później jesteśmy na basenie pośród gór, Seljavallalaug. To jest najstarszy basen w Islandii, z 1923 roku, to jest niemożliwe jaki on piękny, ciepły i w oddali. Pływamy, tam i z powrotem, jakby się tę radość wypływać dało, rozmoczyć.

A później jedziemy na kemping do Thakgil. I jest to najpiękniejsze miejsce na ziemi, koniec, kropka. Za kilka miesięcy pojadę tam znowu z B. i będzie strasznie romantycznie, będziemy się huśtać na huśtawkach na tle nieba i gór, będziemy rzucać kamień w wodę i leżeć na trawie, i będzie jak w piosenkach o wolności i szczęściu. Ale póki co jadę z gośćmi, koglem jedziemy moglem, pyk, pyk, pyk, góra, dół, ciemno, wieje, pada, słowem się nie odzywam, choć mam strach w gardle, goście też kapkę nerwowi, tylko kierowca, że a co wy. W Thagkil jest jaskinia, w jaskini ławki, stół i grill. Goście grzeją kolację na butli z gazem, ja radośnie śpiewam, jest echo, są góry, mamy flaszkę żołądkowej, więcej grzechów nie pamiętam.

Pamiętam, że rano myliśmy zęby w strumyku, jedliśmy w jaskini jajka na boczku, że składałam namiot, że padało, pamiętam, że wszyscy poszli w góry tylko nie ja, że machali mi i krzyczeli, a ja odmachiwałam na opak, bo tacy byli mali, że nie wiem, skąd wołali. Pamiętam, że było zimno i chciało się spać. A później zjeżdżaliśmy z tej doliny piękniutkiej zawijasami ze żwiru, barany łaziły po drodze, myśmy pognali aż do Jokulsarlon. Lało, wiało, straszna dupa, foki się darły, co rusz z wody wystając. W punkcie informacji turystycznej można było zupę rybną. To cztery. Na wynos, bo panie zamykają. Zupę w koglu więc. Jeden nie doniósł, wylał w brykę, jest rumor, jest pisk. Zupa okropna, jak można zblendować wodne stwory, my się kłócimy a kilka kroków dalej płyną sobie bryły lodów, pyk, pyk, pyk.

A na wieczór nas Michał bierze w gorące źródło, niby chwila, zaraz w dom, a śpimy w aucie jeden na drugim, wytaplani i rozgrzani. I pijani. Rano słońce. Majaczące. I my też.


foty: Marianna Chade i Michał Łempicki




















Advertisements