polskie sklepy

Polacy zagranicą są tacy, że kochają polskie sklepy. Gdzie nie pojadą, pobudują, postawią i popękają z dumy. Nie wiem, czy jest jakieś jeszcze miejsce w świecie, jakaś mieścina, choćby ubożuchna, w której nie ma polskiego sklepu. A każden o nazwie, u Gosi, Zosi czy Basi. Albo Irenka czy Jadzia. Albo Alina. A każden ciasny, że wszyscy gęsiego pośród pasztetów profi. Wzdychają. Bo polskie sklepy są, by wzdychać. By tęsknić. Do tych pól malowanych zbożem rozmaitem, wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem. W polskich sklepach królują flipsy i draże. Kakaowe i kokosowe korsarze. Królują serki Danio. Mleczka w tubce. Schodzą Morliny, schodzi Tortex. Kubuś i Grześki. Michałki. Pawełek i Danusia. W naszych sercach tatuś i mamusia.

Jak się idzie zagranicznym miastem i się natknie na szyld z Kasią czy Joasią to człowiekowi milej. I wejdzie się do takiej Kasi, naiwnie wierząc, że to imię ekspedientki, która nas przytuli, bo emigrację ma obcykaną, wszystko wie, co gdzie załatwić, z kim gadać, chętnie pomoże, zna ludzi. W polskich sklepach jest zwykle mata korkowa, a na niej ogłoszenia. Dowozy na lotnisko i z lotniska, Sebastian transport-bus. Pierogi, uszka, gołąbki zrobię w dużych ilościach. Dam pracę opiekunka do dziecka od zaraz wymagany własny samochód praca z dzieckiem dwuletnim. Rozliczę podatek. Pomoc w tłumaczeniu tekstów, CV, listów motywacyjnych, korepetycje z angielskiego.

W polskich sklepach można kupić czasopisma, a czasami kryminał nieznanego autora. A czasopisma to głównie Angora, Cosmopolitan i Pani Domu. Można kupić Kreta do udrożnienia rur. I płyn do higieny intymnej Ziaja. Można kupić ogórki małosolne, a przed bożym narodzeniem uszka i pierogi. Można się wpisać na listę chętnych do kupienia kutii, słoik litrowy, siedem funtów. Można kupić polski cukier, polską sól, sól ziemi polskiej, można kupić żurek w proszku lub w butelce, suszony koperek i majeranek, wegetę, magi i zupki chińskie Vifon. I napoje energetyzujące Tiger.

W polskich sklepach jest tak, że wchodzisz i od razu czujesz jakbyś wrócił do kraju. Jakbyś miał namiastkę ojczyzny. Stoisz pod półką z ogórkami konserwowymi i rozmawiasz z obcą osobą, że no ja tu robię, w Irlandii, już będzie osiem lat. I pod tymi ogórami, burakami i kapustą usłyszysz pytanie, a skąd jesteś z Polski? I powiesz, spod Wrocławia. A ktoś cię zapyta, o a to znasz może Wojtka, zapomniałem nazwiska, on pracował w telekomunikacji we Wrocławiu, wysoki koleś. W polskich sklepach czujesz się bezpiecznie i swojsko. A jak z nikim nie gadasz to możesz poczytać sobie etykiety i jest duże prawdopodobieństwo, że ci taka etykieta wyciśnie z oka łzę, taka konserwa turystyczna, takie Łaciate.

Pamiętam jak poszłam do polskiego sklepu kiedyś, w tłusty czwartek, bo obiecałam B. kupić pączka. Pączki leżały w kartonach, a kartony na podłodze. Na kartonach były różne napisy: dżem, marmolada, toffi, róża. Wzięłam z różą i lukrem, co się załamywał w puzzle. Stanęłam w kolejce. Przede mną kilka osób, każdy z torebskiem pączków. Każdy z komentarzem na ustach. Że muszę mojemu kupić, bo przesz mnie zabije, jak to tłusty czwartek bez pączków i faworów. Na co druga baba, ja fawory sama robię, mój to najbardziej lubi takie już starsze, z dwóch dni, on lubi jak mu coś chrupie. Na co trzecia, mój to z kolei najbardziej lubi oponki. Ale tutaj nie robię, w Polsce robiłam, tutaj coś nie mogę, coś oni tu mają te garnki nie takie, a idź w cholerę, muszę sobie jak teraz będę w Polsce przywieźć swoje gary. Baba numer jeden mówiła zaś, jeszcze pani Basiu, pani mi skroi tej polędwicy sopockiej dwadzieścia deko. I jedną metkę wezmę, kochana, lubię tak sobie piętkę z masełkiem troszkę i z metką, ogóreczkiem obłożyć. I byłam w tej kolejce jedyną osobą, która nie powiedziała słowa w związku z czym ekspedientka powiedziała do mnie ‘hi, how are you?’.

A jak poznasz Polaków zagranicą to oni prędzej czy później powiedzą ci, a to w polskim sklepie kupiłam, funt dwadzieścia czy ileś, ale naprawdę na długo starcza, zresztą ja tutaj to nie kupię płynu do naczyń, bo do dziadostwo, a w polskim sklepie Ludwik, myśmy w domu zawsze na Ludiwku jechali. A jak cię zaproszą do domu to na talerzyku jest szansa, że będą z polskiego sklepu andruty, w szklance paluszki z diamencikami soli, a w radiu radio zet i jakiś wieczór z Lady Pank, bo to w sumie fajnie czasami posłuchać, mi się od razu polskie imprezy przypominają, w Polsce było zajebiście, tutaj jest zupełnie inaczej.

wp_20161023_003

rozmowy o pracę

O szukaniu pracy było już i było. I znowu będzie. Bo to jest temat rzeka, to jest rzeka, do której się wchodzi po wielokroć.

Idę na rozmowę do ekstra firmy, największej tu, w której B. pracuje, do firmy, co wszyscy, którzy w niej nie pracują mówią, o kurczę, to to jest firma i zniżają głos, mówiąc to, i patrzą w dal. Na stanowisko aplikuję koordynatora projektów. Nie interesuje mnie to nijak, kusi mnie jedynie praca od poniedziałku do piątku w ludzkich godzinach i za dobrą kasę. Przygotowuję się więc sporo, umiem odpowiedzieć na wszystkie pytania, przychodzę, wyglądam profesjonalnie, tak się też czuję, czekając na swoją kolej zamyślam się o byciu kobietą w garsonce i z neseserem, i myślę, że mogłabym się w tym odnaleźć, wyobrażam sobie sytuację, w której leżę w łóżku, w białej pościeli i w uczesanych włosach, i kremując ręce kremem, mówię do B., pracujemy teraz nad ważnym projektem. Rozmowa idzie mi świetnie, odpowiadam płynnie, jestem pewna siebie, zabawna i szałowa, język giętki mówi wszystko, co pomyśli głowa. Panie mi mówią, że odpowiedź dostanę za miesiąc, ja niemal wiem, że pracę za miesiąc mam, choć na głos nikomu tego nie gadam. Resztę dnia spędzam jak królowa, myśląc, że pierwsza garsonka będzie granatowa. Po miesiącu otwieram z firmy mejl, a w nim odmowa.

Idę na rozmowę do organizacji, co pomaga kobietom, które padły ofiarą przemocy. Idę i bardzo chcę dostać tę pracę, napisałam ckliwy list, w którym przyznałam się szczerze, że nie mam z pomagania żadnych certyfikatów, ale że będę świetna i wszystko pojmę w mig. Zależy mi jak mało kiedy, choć mało kto ze znajomych moich uważa, że to dobry pomysł, taka praca, taka praca, uważają znajomi moi, to ból i płacz. A ja uważam, że ból i płacz jest wtedy, kiedy musisz pokroić wiadro cebul. Idę i cała się z nerwów trzęsę, co mi się nigdy nie zdarza, nie umiem sobie przypomnieć ani jednego zdania, co przeczytałam o organizacji i jej założeniach, zachodzę w głowę, kto ma komu pierwszy podać rękę, myślę, że zrobię z siebie wariatkę na wejściu już oraz że zaraz zemdleję albo przynajmniej zwymiotuję. I że czemu się tak denerwuję. Wchodzę tam, siedzą dwie baby i szklanka wody, mi się trzęsą ręce i nogi, baby mnie informują, że rozmowa potrwa 30 minut, dają mi jakieś do przeczytania rzeczy i żebym je podpisała po przeczytaniu, czytam bez zrozumienia, bo te patrzą na mnie w ciszy, podpisuję na oślep, następną dają mi kartkę, tam jest pięć pytań, do każdego pięć podpunktów, pytam, co to, one że o to zapytamy zaraz, oko mi lata po tekście, myślę, już po mnie, myślę na żadne z tych pytań nie odpowiem, czuję się jak na egzaminie, którego wiem, że nie zdam i pozostaje mi jedynie błagać o inny termin, pozostaje mi się rozpłakać i położyć w kątku pokoju, panie pytają, czy możemy zacząć, ja czuję, że będzie szoł, że będzie zaraz zabawa w pomidora, w której ja robię z siebie pajaca, a one całą swoją energię koncentrują na tym, by się nie roześmiać. Odpowiadam na te pytania, choć moje odpowiedzi nic nie mają z pytaniami wspólnego, panie coś notują, kiwając głowami, że proszę kontynuować, ja się łapię na tym, że po raz czwarty mówię to samo tylko innymi słowami, łapię się na tym, że w mojej głowie zamiast stu pomysłów pojawia się głos, który woła, wstań i wyjdź, wstań i wyjdź, wstań i wyjdź, i że woła on coraz głośniej i nieprzerwanie. Po ostatnim pytaniu mówię paniom, że jest mi potwornie wstyd i że ogólnie jestem mądrzejsza niż mogłoby się zdawać, i że serio będę na tej pozycji świetna, głównie dlatego, że mi zależy, i czuję jak robię się coraz mniejsza i mniejsza, i cichsza, i postanawiam sromotnie się zaraz upić, ale dociera do mnie, że jest 10 rano, ja się nie mam z kim upić i że nie powinnam pić w obcasach, że może będzie lepiej zjeść wielkie ciasto, zjeść cały tort, płacząc weń, że nie mam pracy i jestem gruba. Dzień później dostaję mejla, że nieudana była z dostaniem pracy próba.

Idę na rozmowę o pracę, co w jakiejś ma być agencji marketingowej. Nie boję się nic, jestem pewna siebie. Ale też nic się nie boję, bo mi intuicja podpowiada, że to nie to. Rozmowa jest w urzędzie pracy, leje deszcz, idę w obcasach, jestem zgubiona i zła, nie rozumiem gpsa, docieram na styk z deszczem na okularach i w rozczochranych włosach. Koleś od rekrutacji jest spóźniony 20 minut, więc każą mi czekać, dopiero teraz zaczynam się zastanawiać, czemu mamy rozmowę tu, a nie w biurze firmy. Wołają mnie, idę, koleś podaje mi rękę, wyprostowany jak struna, mi upada parasol, na jego twarzy zaduma. Koleś pyta, czy dowiedziałam się czegoś o firmie, ja mu mówię, że tak, streszczam, a on przerywa mi i mówi, tak się składa, że poczytała pani nie o tej firmie, co trzeba. My się nazywamy tak jak oni, ale to co pani poczytała to nie my. Super, nie macie biura ani strony internetowej, dziady. Nie mówię nic, on mówi, zajmujemy się pomaganiem potrzebującym. Oho. Zbieramy fundusze na chore dzieci i psy. Naszą filozofią jest sprzedaż bezpośrednia, nie wierzymy w magię reklam, kampanie społeczne ani slogany na bilbordach. Wierzymy, że człowiek kupuje człowieka. Pytam się wprost, chodzicie po domach? Na co on otwiera laptop i pokazuje mi mapę Irlandii Północnej i tam paluchem jeździ, że to już mają, ten region, ten region mają w połowie, a całą resztę planują mieć za moment. Pytam jeszcze raz, chodzicie po domach? A on przechodzi w drugą zakładkę i mówi, za dziesięć podpisanych umów jest duży bonus, a jeśli pani utrzyma sprzedaż, zostanie pani team leaderem. Chodzicie po domach? Wierzymy, że to najskuteczniejsza metoda dotarcia do innego człowieka. Wsadzić mu but w drzwi. Świat ze mnie drwi.

111

 

NHS

Może być choruję, może paranoje mam. Dzwonię do przychodni. Chciałabym się umówić na wizytę z internistą. Proszę zadzwonić jutro. Jak jutro. Dzisiaj już skończyliśmy zapisy na dzisiaj, jutro robimy na jutro. Ale ja bym chciała się zapisać na za trzy dni, bo mi wcześniej nie pasuje. To proszę dzwonić za trzy dni o 8.30. Dzwonię. Zajęte. Dzwonię. Zajęte. Dzwonię, dzwonię, dzwonię. Nie, nie, nie. Jest po 9, baba odbiera, proszę zadzwonić jutro, na dzisiaj już skończyliśmy zapisy na dzisiaj, jutro robimy na jutro. Dopchałam się po kilku tygodniach. Wchodzę, chudy doktor ani na mnie spojrzy, ani słowa nie powie. Zaczynam więc. Panie doktorze, mam od kilku miesięcy nawracające problemy z brzuchem, porobiłam diety, wykluczyłam kapustę z grochem, problem jak siedział tak siedzi, co robić. Doktor patrzy w ekran komputera. Jest znudzony i senny. Jest rano, za oknem pada, tu ciągle pada, doktor powoli sobie mruga, ja wodzę oczami z lewa na prawo, nie wiem, czy go szturchnąć, czy co, zaczynam więc kontynuować, problem nasila się głównie wieczorem, to nie boli nic, ale jest nieprzyjemne i nieestetyczne, proszę popatrzeć. Doktor nie patrzy, jest mi głupio i dziwnie, czuję, że moje problemy są nic nieznaczące, może to jakaś nowa taktyka lekarska, tak siedzieć w milczeniu, aż sobie pacjent nie uświadomi, że tylko zawraca dupę. Wzdycham głęboko. Doktor w końcu odrywa wzrok od komputera i wciska mi palec wskazujący w brzuch. Wszystko jest dobrze, tak ma być, nie widzę powodów do zmartwień. Panie doktorze, czy mogłabym dostać skierowanie na morfologię? Czy możemy porobić mi jakieś badania, cukier, tarczyca, bo ja się takich rzeczy naczytałam. Jeśli występują regularne miesiączki nie widzę potrzeby robienia testów. Sugeruję nie pić mleka przez sześć tygodni. Na recepcji proszę babę o zapisanie mnie na wizytę do innego doktora, tym razem do Polki. Proszę dzwonić jutro od 8.30. Na wizytę przychodzę po prawie dwóch miesiącach. Do Polki kolejki są ogromne, telefon jest zajęty całe rano, cały tydzień, dzwonią wszyscy Polacy. I ja też. Pani Ewa jest zatroskana i rozgadana. Zgadza się na testy. Pytam, czy do dietetyka mogłabym pójść. Skierowanie trzeba mieć. To czy dostanę, pytam. Nie kwalifikuje się, do dietetyka tylko z minimum trzydziestokilową nadwagą. Pani Ewa wystawia diagnozę i sugeruje dietę, żeby pozbyć się wzdęć. Radzi spotkać się za trzy miesiące. Przychodzę po sześciu, bo nie było rady się dopchać. Robimy kolejne testy. I kolejne, kolejne. Po wyniki muszę dzwonić na recepcję. Wyników nie mogę zobaczyć. Pani na recepcji powie mi, czy mam powód do niepokoju. Nie ma powodu do niepokoju, mówi mi. Nie wierzę pani z recepcji. Pytam pani Ewy, czy może by do ginekologa nie pójść. I czy np. nie będzie wskazane USG pacnąć. Pani Ewa przytakuje, choć uczciwie dodaje, że to nie jest takie hop siup. Do ginekologa trzeba mieć skierowanie, na USG też, żeby skierowanie napisać trzeba mieć powód, a jaki to jest powód, skoro pacjent od ponad roku ma ekstremalne wzdęcia, a wszystkie badania wychodzą ok? Pani Ewa pisze listy do szpitala, w którym ginekolog. I do oddziału, w którym robi się USG brzucha, a który jest piętro niżej. Uprzedza mnie szczerze, że trzeba będzie poczekać jakieś 12 tygodni, że w ciągu 12 tygodni dostanę do domu list z terminem wizyty. Tygodnie lecą, brzuch rośnie, dzwonię do szpitala. Pani na recepcji pluszowym głosem mówi mi, do ginekologa trzeba czekać 27 tygodni. 27 tygodni, to ponad pół roku! Takie kolejki są, mamy panią na liście, niestety nie mogę tego przyspieszyć. Co wy macie, kurwa, jednego ginekologa w całym kraju? Dzwonię, żeby dowiedzieć się, co w sprawie USG. Pani na recepcji jest miła jak anioł. Niestety nie dostaliśmy żadnego listu ze skierowaniem, bardzo mi przykro, na USG trzeba będzie czekać 12 tygodni od wysłania listu. List poszedł sześć tygodni temu. Wysłany z pierwszego piętra na parter. Pocztą elektroniczną. Proszę pani, ja przy tym byłam, jak ten list szedł. Pani na recepcji jest cała zatroskana i naprawdę świetnie mnie rozumie, niestety nie może nic zrobić. Proszę się umówić do doktora i poprosić o skierowanie. Proszę mnie umówić do doktora. Proszę dzwonić jutro od 8.30. Na dzisiaj już skończyliśmy zapisy na dzisiaj.

Idę do dentysty. Pani na recepcji jest miła jak miś. Dentysta jest o niebo milszy. Jest mi ciepło i wygodnie, chcę tu spędzić dzień, pan zaraz wyrwie mi ząb, a ja trzymam rękę na sercu i przechylam głowę na bok, że jaka tu wspaniała atmosfera. Pan mi mówi, musimy się koniecznie, koniecznie spotkać w ciągu czterech następnych tygodni, bo koniecznie, koniecznie trzeba coś tam pomajstrować jeszcze. Proszę zejść do recepcji i umówić się na wizytę. Idę. Pani cieszy się, że mnie widzi, ma nadzieję, że wyrywanie było fajne i że przyjdę coś jeszcze wyrwać. Mówię jej, że potrzebuję wizyty na za cztery tygodnie, szalenie ważnej wizyty, co ma potrwać ze dwie godziny, doktor wspomniał, że muszę się umówić na dłuższą chwilę, bo to skomplikowany będzie zabieg, bardzo też drogi, dużo na mnie zarobią, a pani mi mówi, nie mogę umówić pani za cztery tygodnie, bo pan doktor nie ma jeszcze żadnych pacjentów wpisanych na za cztery tygodnie. To ja mówię, to niech będę pierwsza, proszę mnie wpisać gdziekolwiek, ja sobie poukładam wszystko pod wizytę, a ona mówi, niestety nie mogę tego zrobić, bardzo mi przykro. Dzwonię do niej po tygodniu, ona ciągle nie może mnie zapisać, po dwóch tygodniach nie może mnie zapisać, bo mają niestety zupełnie inne zasady zapisów, i ona rozumie, że ja muszę koniecznie na tę wizytę, na te dwie godziny, ale tak to już jest, że niestety nie może, nie jest uprawomocniona. W ostatnim tygodniu dzwonię regularnie, ale niestety mogą mnie upchnąć na dziesięciominutowe wizyty tylko, wszystko inne już zaklepane, w takich wypadkach trzeba niestety dzwonić wcześniej, bardzo jej przykro, nigdy jej nie było tak przykro.

Rajaner lata do Wrocławia pięć razy w tygodniu. Mamuś, zapisz mnie do wszystkich lekarzy.

WP_20160816_005

wyjaśnienia

Dziubasy, przerwa tu jest szalenie długa, mi od tego trochę pęka serce, codziennie wstaję i myślę sobie, barany leżą. Odłogiem. Wszystko to temu, że postanowiłam założyć drugiego bloga, taka chciałam być na dwa fronty dziewczyna, a wyszło, że o.

Napiszę bardzo wręcz niedługo, słowo, a dzisiaj zapraszam was serdecznie w odwiedziny na nową stronę. Nazywa się kompleks wypoczynkowy. Jest o odpoczywaniu i kompleksach. O różnych rzeczach jest. O tym, że chłopak mało wie o dziewczynie, i o tym, że dziewczyna często się o to gniewa. O byciu narzeczoną i o planach ślubnych. O fochach i płakaniu. O śpiewaniu. Różne, różne takie.

http://komplekswypoczynkowy.pl/

Bardzo zapraszam, szalenie za wszystko przepraszam. Dziękuję. Całuję.

111

 

Ałto

B. mówi, no weźże zrób. Myślę sobie, będzie trup. Dzwonię do pana, mówię, ja nigdy przenigdy, on, damy radę. Sprzęgło tu, tu hamulec, tu gaz. Tu zaciągasz ręczny, tu biegi zmieniasz. Tu masz światła, lusterka, migacz, i tysiąc osiemset pokręteł, proste? Jezu Chryste. Zamieniamy się miejscami, czekam, aż siądzie w fotelu pasażera, dopiero wchodzę, nie chcę być w aucie sama ani na sekundę, boję się, że zamknę drzwi i odjadę, on zostanie i będzie za mną biegł, dając wskazówki, których nie pojmę. Boję się masy rzeczy. Że przy zmianie biegów zamiast dwójki dam czwórkę i będzie po mnie. Że wyjdzie na drogę pies i będzie po nim. Że zamiast hamulca gaz, nie zatrzymam się na czas. Pierwsza lekcja, to że proszę rusz i zatrzymaj się, proszę. Poszło super, wracam do domu i opowiadam całą godzinę, tłumaczę, gdzie hamulec mam, gdzie sprzęgło. B. mi wieczorem mówi, bo na przegląd mercedesem jechał i klakson robił, weźże wyciągnij kluczyk ze stacyjki. To ja wyciągam, a auto rusza, wygina mu na drugą stronę drzwi, bo o mur haczy, jedzie ten samochód na mnie, tysiąc jedzie na mnie ton, ja się drę, na dach włażę i drżę. Rachu ciachu, nie mamy drzwi, to się wcale nie śni. B. se przekleja worek na śmieci w ich miejsce, a mnie wcześniej tuli, tuli. Już w głowie mam, że nie robię tego prawa jazdy, na chuj mi to. Trauma wypełnia mnie po brzegi. A później jadę rowerem bez błotnika, leje na mnie deszcz, jadę błotem, ciężarówka za ciężarówką pryska na mnie siurem z kół i kałużami. I myślę, robię, robię. B. jedzie na przegląd bez drzwi i klaksonu. Panowie na warsztacie okazują mu szacunek. Druga lekcja samochodu to już biegi wchodzą, jedynka do ruszania, dwójka, trójka, czwórka. Mam tysiąc pięćset pytań. Tyleż obaw. Czy jak ruszę z dwójki to samochód się zepsuje, czy jak z czwórki na dwójkę muszę to muszę przez trójkę zejść? Po co jest czwórka? Następna lekcja to robienie kółek wokół małej wysepki, mam już całkowitą kontrolę nad autem, hamuję, przyspieszam, jestem kimś, choć dwójkę mieszam z czwórką, szarpie nami, mną szarpią torsje ze stresu i zażenowania. Czy jak ściągnę nogę z gazu to auto się zatrzyma? Czy to dobrze, że całą drogę mam nogę na sprzęgle? Czy zawsze tak mięśnie bolą, jak się prowadzi? W domu oglądam filmy na youtubie o paniach, które nie potrafią parkować i które po kilkadziesiąt minut próbują, śmieję się do rozpuku, ale gdzieś na serca dnie czuję, że to mogę być ja, niecierpliwa, która wysiadam z bryki, dzwonię do B. i mówię, odbierz se samochód z rogu tej i tamtej, samopas stoi. Oglądam program sprzed lat o instruktorach ze śląska co to im się trafiają sami w ciemię bici uczniowie i myślę jestem o niebo od nich, i jem orzeszki pod te filmy, kino sobie urządzam domowe pełne śmiechu do łez. Później wsiadam na pewniaka w auto i robię jakąś masakrę na środku skrzyżowania, nikt nie przejeżdża na światłach tylko ja, cudem. Co się robi, żeby tak nie szarpało jak się zwalnia i z czwórki na dwójkę schodzi? Co się stanie, jeśli w trakcie podróży zaciągnę ręczny zupełnie niechcący? Na lekcji z zawracanie na trzy, zawracam trzy kwadranse, kiedy pan mówi, że zaraz będzie mała rampa, mały hopek, że muszę uważać na podwozie czy nadwozie, ja mówię, że pewnie, pewnie, ale mówię to, nie myśląc, odpowiadam, nie słuchając, bo koncentruję się na tym głównie, by nas nie zabić na rondzie, i jadę po tym hopku na pełnej i głowami walimy w sufit. Co się stanie, kiedy w tym samym czasie nacisnę sprzęgło i gaz? Co się stanie, kiedy sprzęgło i hamulec? Jest dla mnie niepojętym i nieosiągalnym patrzeć w lusterka ciągle, sygnalizować zamiary, te biegi zmieniać najlepiej bez patrzenia na wajchę, pierwszeństwa ustępować, włączać światła i wycieraczki, opowiadać jak minął mi weekend, mieć minę mniej skupioną, a buzię zamkniętą. Po piętnastu lekcjach dalej się pocę jak mało, dalej mam mdłości w dniu, kiedy wiem, że pojeżdżę, ale powoli zaczyna mi się podobać, że jestem samochodu panem, powoli zaczynam cwaniakować, mówię więc do B., daj pojeździć tojotą. Bo merol sprzedany. To daje raz, siada obok, i nie odzywa się słowem. Mam w gardle kołek. On śmiech. Jedziemy po parkingu maleńkim na dwie bryki. Jeżdżę na jedynce, B. przewraca oczami. Auto gaśnie mi na tycim pagórze. Odpalam i powolutku staczam się w tył, B. nie mówi słowa, choć go zasypuję pytaniami. Każe mi sobie wyobrazić, że jestem w aucie sama, za mną auta inne i że co robię. Zalewam się łzami? Dzwonię do niego i proszę, żeby przyjechał? Nie mówię tego na głos, raczej myślę, czy by nie zrobić mu jazdy, mam przecież prawo, tak siedzimy dobrych kilka minut, aż w końcu odpalam i sunę do przodu i na dwójkę wchodzę, i ze wszystkim sobie radzę, jestem królową szos. A później na inny jedziemy parking, tam robię ósemki w nieskończoność, tam przód, tył, wszystkie biegi świata, nie ma na mnie bata. Później pan mnie uczy parkować równolegle i nie mam sobie równych. Parkować prostopadle tyłem nie będę za to nigdy, to wariactwo. Mam takie sny często, że jadę sobie jadę, z boku mi wyjeżdża ktoś i choć ja pierwszeństwo mam, on się pcha, jest kraksa. Albo te ciężarówki tu! Lekko piszczę przy każdej, którą mijam, a to jest ciężarówek kraj. I rond. A ronda lubię, choć mi się śni, że jadę dookoła godzinami, wyjechać nie umiem. A czasami mam takie sny, że pakuję do auta jakieś torby, psa pakuję, auto jest zielone, ja w sukience, lato, fajnie, jadę gdzieś załatwiać sprawy, cyk, pyk, otwieram okno, puszczam piosenkę i śpiewam jak szalona, jadąc na mojej ulubionej dwójce, jest jak w bajce. Z tym że dzisiaj jechałam tu po wsi, sto aut, sto świateł, to się nie zdarza, pan do mnie sprzęgło, sprzęgło, sprzęgło, ja nic, zaraz gęba na szybie. Później gaz, gaz, gaz, mi auto zgasło na rondzie. Do tego wszyscy chodzą jak chcą, wszyscy jak chcą jeżdżą, nikt nie patrzy, ja na zawale, ja z piskiem opon, dzieciaki z gębami przy ulicy, matki na telefonach, wszyscy niecierpliwie, ja lękliwie. A i jeszcze babkę poznałam tu, rodaczkę, ona mówi, już dwa razy zdawałam, dwa razy nie zdałam, udupili mnie, mówi, bo lusterek sobie nie ustawiłam jak wsiadłam, tylko szukają, żeby człowieka udupić. Prawojazdy nie można kupić.

Jak ość

Jakość to jest takie coś, że myślisz sobie, dobrą robotę zrobili i całego cię rozpiera duma i zadowolenie, wiadomo. Tu tego nie ma. Tej jakości. Standard jest trochę gorszy tu. We wszystkim. Idziesz do restauracji tajskiej w Belfaście, a tam na ścianie wisi lampa-słoń i kabel ciągnie się przez całą ścianę i ledwie sięga kontaktu, i nie świeci. Ryż się klei jak breja, a kaczka jak guma. Ale Belfast to i tak luksus. Mamy do Belfastu trochę, więc nie ma, że tydzień w tydzień. Częściej zostajemy na wsi. Jeszcze częściej w domu. Pamiętam, jak mnie B. wziął tu pierwszy raz do restauracji. Mówi, słyszałem, że najlepsza. I faktycznie u progu baba, że dzień dobry, że płaszcze, myślę, ale jajka, ale zaraz kelnerka rozśmieszona czymś przyłazi i się śmieje w rękę i kawę niesie zimnawą z mlekiem ubitym, że w nim bąble powietrza. Ciastko z wczoraj jak nic, jak nic z mikrofalówki, wbijam łychę w środek, a para do góry jak gejzer. W pracy mówię, jakieś jest tu może dobre miejsce na randkę? A ci mi doradzają, że świetne burgery, tłuste, upalone, steki twarde i przeschnięte z piramidą cebulowych krążków dla wzmocnienia efektu, a cebula surowa, a ciasto mączne, do tego góra frytek z octem, surowy ziemniak na chwilę w oleju, spróbuj, Marija, musisz spróbować. A w domu mamy podłogę, która skrzypi, kiedy przekręcam się w łóżku z brzucha na plecy, a jak się kąpiemy to przez ścianę leje się woda do kuchni, która kuchnia piętro niżej, prosto na kabel, na czajnik elektryczny. A jak B. poszedł opony wymienić w mercedesie to chłopaki z serwisu za głowę się łapały, bo tego nie wiedziały, że na tej oponie opony wiek podany. A jak idę do dentysty i mówię paniom, że potrzebuję umówić u doktora wizytę dłuższą, na jakieś dwie godziny, to one do mnie, że nie mogą umówić, bo jeszcze nie wiedzą, jak doktor będzie pracował. A u lekarza jak byłam, bo chorowałam długo to on powiedział, że tak to już czasami bywa i nic więcej nie powiedział. A jak paczkę chciałam wysłać do Polski to cały boży dzień przesiedzieć musiałam na dupie, bo kurier przyjechać miał między 8 a 18, a wtedy było słońce, pies chciał latać po łące, przed 18 dostałam komunikat, że kurier był, a mnie nie było i że życzą mi wspaniałego dnia. A w pobliskim markecie można kupić za jeden funt 12 pączków, wszystkie od cyrkla i z kolorową posypką, wspaniały dodatek do biznesowych spotkań. A ilekroć idę na basen to baby mi mówią, że teraz zamknięte, bo jest środa, w środę zamykamy szybciej, a jak się pytam dlaczego, to one, że bo ta środa jest. W poniedziałki też zamykają szybciej, w czwartki ledwie otwierają, ale za to mogę posiedzieć, jeśli chcę się zrelaksować, w jacuzzi, co wygląda jak nieudolna wanna w wielkiej łazience ze starych, kremowych kafli, pełna włosów i błota, bo tam się wszędzie chodzi w butach, a ja latam pół goła i bosa. A jak poszłam do polskiego sklepu po mąkę orkiszową i pani mi obrażona na świat krzyknęła trzy funty sześćdziesiąt i ja jej te pieniądze dałam, a zaraz pomyślałam, na boga, na autobus nie mam, można cofnąć? A ona do mnie, transakcja poszła, paragon zatwierdzony, nic się nie da zrobić. A ja dobrze wiem, że się da, ale ona stoi jak głaz wielka i ni chuja. A jak jadę taksówką to mnie taksówkarz wiezie w parę miejsc, bo w jednym musi kupić wkład do elektronicznego papierosa, w drugim dać komuś pieniędzy plik, a później zagadać mnie na śmierć o rzeczach, których nie chcę słuchać i mówić, od której dzisiaj pracujesz? Od szóstej. A o której kończysz? O drugiej. To bardzo fajnie. Taksówkarze spóźniają się zawsze i nigdy nie przepraszają. A piłki tenisowe, które kupujemy psu strzelają mu w pysku przy pierwszej euforii. A jak idziemy dookoła jezior, co tu mamy pod nosem, to widzę, że mało kto sprząta po psie, B. raz zwrócił uwagę panu, a on obrażony, że zamierza posprzątać w drodze powrotnej.

Mieszkamy w maleńkiej mieścinie. Większość osób, które tu poznałam nigdy nie wyjechała poza jej granice. Większość nie wie nawet, co jest w mieście obok, bo wychodzi z założenia, że miasto obok jest gorsze od ich miasta, w którym wszystko mają, które bardzo kochają. Jak powiedziałam, że do Włoch na wakacje jadę to koleżanka, że to jej największe marzenie jest, Włochy zobaczyć za życia. A to przecież nie problem, samolot dzień w dzień. Ci ludzie, których tu poznałam dumni są i zadowoleni, wszystko im pasuje, nad suchym stekiem zamykają oczy i wydają z siebie długi pomruk, nad przepaloną i kwaśną kawą mówią, tego mi trzeba było. I kogo nie poznam, pyta mnie, jak długo tu jesteś, a później pyta, z dumą i przekonaniem, podoba ci się?

usługi

Często jest tak, że ludzie pracują w miejscach, w których pracować nie chcą. Kropka. Choćby ci nie wiem jaki doradca i życiowy coach powiedział, że twoje życie w twoich rękach, że jesteś kowalem własnego losu i że jesteś głupcem, kiedy robisz coś wbrew sobie, tak jest i już. Że się pracuje czasami, gdzie się nie chce. Że się pracy swojej nienawidzi, czasami jest. I nie każdemu tak łatwo jest rzucić wszystko w pizdu, wsłuchać się w głos serca i za nim iść, i być kobietą sukcesu. I w sumie spoko, bo gdyby tak było nie byłoby gdzie kawy popić w kawiarni i gdzie pojeść w restauracji. Nie byłoby usług, gdyby każdy mógł robić, co mu w duszy. Bo usługiwać nie lubi nikt. Bo się służy baranom i ignorantom. I trzeba z uśmiechem służyć, żeby baran nie napisał później w internecie bee.

Przychodzi więc jeden z drugim i wielcy królowie. Poproszę to i to, i gada przez telefon, śmiejąc się za głośno, ale przecież królowi wolno, i ja się go pytam, chce pan jeszcze to i to, na co on odkleja się od telefonu i mówi ‘słucham?’, więc ja jeszcze raz pytam, czy chce pan to i to, na co on przysuwa ucho do lady, do ust moich prawie, i robi ten grymas, który wszyscy robią, kiedy czegoś nie słyszą, jakby zewsząd buczały wiertarki i waliły młoty, więc otwiera gębę całą, wywalając górne zęby, nie wiem po co, albo – jest jeszcze druga wersja – przysuwa gębę zamkniętą, ale oczy na oścież, i tym gestem już bez pytania prosi bym powtórzyła, więc pytam trzeci raz, czy chce pan to i to, i pytam głośno, a głos mi drży i życzę temu panu najgorszych rzeczy na świecie, a on mówi, tak, chcę i wraca do telefonu, i dalej rży jak koń, a ja się pytam, a jeszcze to i to pan chce, czy pan nie chce, ja zaraz oszaleję, a dopiero zmianę zaczęłam, czemu musicie być wszyscy takimi pierdołami, a on się znowu nadstawia i mówi ‘przepraszam?’.

Następny przychodzi. Mówi poproszę to i tamto, ja mówię, po raz setny tego dnia, nie mamy tego i tamtego akurat, co widnieje dupny napis tuż nad głową pana, gdyby pan raczył głowę z dupy wyjąć, a  on mówi, czyli tego nie ma, tak? A jego dziewczyna czy żona mówi, ja też poproszę to i tamto, i od razu buźka w telefon, mi ręce opadają, nie odzywam się, stoję przed nimi milcząca i sroga, i patrzę im w oczy i nie odpuszczam, a oni patrzą na mnie i po sobie, że o co chodzi, co to za obsługa, co to za lokal, halo, a nagle reflektują się, że są głupi jak buty i starają się wybrnąć żartem, że o kurde, sorry.

I kolejny leci, i zastanawia się i zastanawia, i mówi niby do mnie, niby do siebie, na co miałbym ochotę, hm, hm, hm, i ciumka, i cały zamienia się w teatr jednego aktora, naprzeciw jednego widza, którym ja, całkiem zła, bo tysiąc pięćset rzeczy na kuchni mam, a ten se tu na wargach palcem gra, tra la la. W końcu mówi, dobra wezmę to, ale proszę mi najpierw powiedzieć, czy wasze ostre papryczki są naprawdę takie ostre. Tak, są. A czy nie byłoby możliwości bym najpierw popróbował, wtedy zadecydował. I teraz wszystkie oczy na niego, ale zuch, na sali bezruch, jedna papryczka i mlaskający znawca, co głową obraca w geście degustatorskim, i wszystkie mięśnie twarzy uruchomił, i zaraz wyda werdykt i będzie, że wcale nie takie ostre te papryczki wasze, i pewnie czekał na brawa, czerwony jak kokot, i było to jego pięć minut pewnie, i pewnie leciał do żony i mówił, ale dzisiaj odstawiłem, nie uwierzysz, bohaterem byłem.

A zaraz babol jakiś z dzieciarnią, dzieci się drą, ona się drze, ja stoję, co chcesz, mówi do jednego, szarpie je na całego, co chcesz, powtarza, te ryczą, jeden przez drugiego, coś małego, złota pani, coś małego. I stary przychodzi, głowa rodziny i do mnie z mordą, że co to jest, ile to kosztuje, nie dam, ale już zrobione, nie dam, powiedziałem, to ja, że spoko, nie to nie, zaraz zwariuję, on że dobra dam, zaraz ochujam, całe dnie tak mam.

A później przychodzi manager, że słuchajcie ludziska, była kontrola, jest raport, jest trochę brudu w kątkach półek, jakiś zaciek na szybie, to niedopuszczalne, tak być nie może, musimy być jeszcze bardziej i bardziej, musimy całkowicie się poświęcić dla dobra firmy, musimy tryskać szczęściem i radością, radością zarażać, do klientów krzyczeć entuzjastycznie, zaczepiać ich, dopytywać, więź nawiązywać, więź jest ważna, uwięziony klient nie odejdzie. Do tego od dziś każdego nagabujemy, by wszedł na naszą stronę i zostawił tam krótki koment, jak mu u nas było. Damy mu za to ciastko zupełnie darmo, czy to nie wspaniale? Tak ktoś cudnie wymyślił, ciastko za koment, fachowiec z dyplomem.

Nikomu tych ciastek nie wciskam, by było, że a jakaś ta pani, sam nie wiem, chciałem zażartować, ona do żartów nieskora, do bałamuctw, strasznie ta obsługa teraz na łeb, na szyję leci, a przecież klient wasz pan. Choćby i głupi był – pan. No tak czy nie?