poszukiwania

Szukanie pracy to oczywiście najgorsza rzecz na ziemi. Na przykład wysyłasz siedem miliardów CV dziennie, a nie dostajesz pół odpowiedzi, nie powie ci słowa nikt. Drugiego dnia to samo, trzeciego i piątego też. Nikt nic. Patrzysz więc na komputer, myślisz, nie działa może, dmuchasz leciutko w klawiaturę, z której tryska niespodzianie fontanna paproszków. Dmuchasz mocniej, myślisz, ach więc to tak. I wciskasz f5. Mejli nie było i nie ma. Nie dochodzą. Po tygodniu popłakujesz przy śniadaniu, normalnie płaczesz sobie w bułkę, w jajko, a zaraz wracasz do komputera i pulsacyjnie walisz w f5, bo ci się wierzyć nie chce. Później idziesz na ogród, wystrzeliwując w pod wąs łańcuchy bluzgów, na koniec siadasz w wiklinowym krześle i z całej siły machasz nogą, że teraz to ty to wszystko pierdolisz. A zaraz znowu. Roztkliwiasz się przy pierwszej lepszej czynności, ot robisz herbatę, gdy ni stąd ni zowąd drżąca broda rozpoczyna uwerturę. Tak w kółko. Wieczorem odrobinę lepiej, wieczorem, wiadomo, nikt w CV nie zagląda, z ulgą siadasz więc w fotelu i patrzysz w serial. I raczej się koncentrujesz, raczej gra, tylko w tych chwilach, kiedy idziesz do toalety lub lodówki, coś mówi ci, nie masz pracy, wszyscy mają, a ty nie, nie będziesz mogła kupić chleba niedługo i kurtki na zimę. I to są momenty, kiedy ciężko przełyka się ślinę. Kiedy zatrzymuje się film i pyta się chłopaka, ej uważasz, że znajdę kiedyś pracę, ale powiedz serio. Nocą chłopak w najlepsze śpi, ty najgorsze masz o sobie myśli. Rano całe osiedle wsiada do aut, tylko nie ty. Ale rano jeszcze gra. Zaparzasz kawę w pidżamie w owce i barany, nawet coś tam sobie nucisz, zaraz siadasz przy biurku, otwierasz pocztę zaraz i w ogóle cię nie zraża, że tam nic, bo dzisiaj masz plan, by posłać motywacyjny list z nutką wariacji, dziś wda się w pisanie jakiś kolokwializm, życie prawdziwe się wda, twoje prawdziwe ja. Wysyłasz listów plik i pieczesz ciasto, i już dobrze wiesz, że za chwilę rozdzwoni się telefon, zapcha skrzynka pocztowa. Śpiewasz wręcz po kuchni, robisz do lustra miny, otwierasz okna, jest wiosna, patrzysz sobie spokojnie w ogród. Po kilku godzinach z filiżanką kawy lecisz do komputera, by oficjalnie, nieco po królewsku zobaczyć, która z ofert najdogodniejsza. I z wrażenia zasycha ci w ustach, gdy poczta przynosi jedynie zaproszenie do spa. Dupa. Nie wiesz, co robić, masz ochotę walnąć ciastem w ścianę. Masz ochotę napisać każdemu obraźliwego mejla, co to ty o nich nie myślisz, czego im nie życzysz, masz ochotę krzyczeć i ryczeć. Cierpliwie jednak przeglądasz ogłoszenia, choć je znasz na pamięć, masz łzy w oczach, mieszkasz w małej mieścinie, tu nie ma tysiąca firm, do wszystkich, co ci leżały wysłałaś już coś, koleżanki sugerują, zatelefonuj, więc dobra, dzwonisz, nie, nie potrzebujemy nikogo teraz, wszystkiego dobrego, powodzenia, płaczesz bezgłośnie, żałośnie.

Po kilku tygodniach dzwoni do ciebie jakaś baba i mówi rozmowa, jutro, Belfast, praca w reklamie, i nic więcej nie mówi, ale ty niczego więcej nie potrzebujesz, ty już myślami siedzisz w biurze, wymądzasz chwytliwy slogan, patykiem objaśniasz slajdy i nadajesz z koleżankami i kolegami, pijąc kawę przy wielkiej firmowej lodówie wypchanej jogurtami i kawałkami arbuzów na szefową, że nerwowa. Na rozmowę przychodzisz w obcasach i kiecce, siadasz, czekasz, wkoło inni, czarno-biali, nagle po ciebie ktoś, malgorsata?, oho! Jakiś rozentuzjazmowany pan cieszy się na twoje przybycie, jak się jeszcze nigdy nikt nie cieszył. Całym ciałem opowiada ci o firmie, co to nie oni, jakich to metod nie mają, jak klienta zdobywają. Starasz się dopytać, co to za klient w ogóle, co to za metody, o co to chodzi, ale na próżno, w internecie też niewiele było, po prostu biuro reklamowe i o.  Biuro reklamowe chce mnie do grupy, choć nie wykazałam się niczym, co miałoby ich przekonać, w ogóle ledwiem się przedstawiła. Ale dobra. Jutro dzień próbny. Nie wiem, co myśleć, myślę więc dobrze, tyle tygodni minęło, na miły Bóg. Następnego dnia siedzę z czarno-białymi, każdy połknął kij, siedzimy godzinę, czekamy na cud, nagle wyłazi po mnie pan, na oko byczek, w garniturze, w na żel fryzurze, prowadzi mnie do biura, w którym pan z czołem przesadnie podniesionym przedstawia mi byczka jakoby on nie jedną zdobył w swym życiu nagrodę, w zakresie marketingu szczególnie, reklamy i promocji, byczek całą głową patrzy w sufit, ja że spoko loko, gratsy, oni do mnie, byk mnie na trening weźmie. To idę. On z neseserem, ja bez, on mówi, pojedziemy dziś do  Ballycastle, po drodze opowiem ci o firmie, pokażę czym się zajmujemy, pokażę jak rozmawiać z klientem, zobaczysz sztuczki i triki, pod koniec dnia sama spróbujesz zdobyć klienta, a następnie powiemy ci, czy nadajesz się do naszej firmy. Ja, że hola, hola, Ballycastle to godzina drogi w jedną, powiedz mi, byku, czy wy po domach chodzicie, bo mi tu coś śmierdzi chodzeniem po domach. Na co byk, mamy świetne metody. Na co ja, czy wy od drzwi do drzwi sprzedajecie coś? Na co byk, czasami ktoś nas na kawę wpuści, na ciasto. Na co ja, na skraju płaczu i krzyku, że nie jadę, że w dupie mam taką pracę, że zaraz oszaleję po prostu, tak w chuja robicie dobrych ludzi, byk stoi cały wzdęty, że o co mi chodzi, świetne metody, firmowy neseser. Idę stamtąd. Idę z zaciśniętymi pięściami, siadam w kawiarni i otwieram oferty pracy, dekarz, piekarz, lekarz.

Po kilku tygodniach odzywa się do mnie pan. Pracę dam. Tu do mnie ludzie przychodzą, do mojej organizacji, spłakani, zagubieni, dużo Polek, najwięcej to Polek przychodzi właśnie, po trójce dzieci mają, dzieci z jednej mamusi, z kilku tat, one tu siedzą i słuchają miminych rad, coś by się z nimi zrobiło, czegoś nauczyło, rozbawiło. Cała jestem na tak, mimo że praca się zacznie za dwa miechy dopiero, cała jestem, że pan mi z nieba spadł. Myślę, cokolwiek znajdę teraz, hop siup, na te miechy dwa, ot lecę w restaurację pierwszą, myślę, ostatni w życiu raz, tam akurat szef stoi, każe mi siadać, patrzy w cv i nagle, że on mi pracę da, bo ma, ot właśnie szuka szefa. Szefa kuchni. I to będę ja. I najgorsza w życiu praca ma. Miesiące dwa.

Advertisements