polskie sklepy

Polacy zagranicą są tacy, że kochają polskie sklepy. Gdzie nie pojadą, pobudują, postawią i popękają z dumy. Nie wiem, czy jest jakieś jeszcze miejsce w świecie, jakaś mieścina, choćby ubożuchna, w której nie ma polskiego sklepu. A każden o nazwie, u Gosi, Zosi czy Basi. Albo Irenka czy Jadzia. Albo Alina. A każden ciasny, że wszyscy gęsiego pośród pasztetów profi. Wzdychają. Bo polskie sklepy są, by wzdychać. By tęsknić. Do tych pól malowanych zbożem rozmaitem, wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem. W polskich sklepach królują flipsy i draże. Kakaowe i kokosowe korsarze. Królują serki Danio. Mleczka w tubce. Schodzą Morliny, schodzi Tortex. Kubuś i Grześki. Michałki. Pawełek i Danusia. W naszych sercach tatuś i mamusia.

Jak się idzie zagranicznym miastem i się natknie na szyld z Kasią czy Joasią to człowiekowi milej. I wejdzie się do takiej Kasi, naiwnie wierząc, że to imię ekspedientki, która nas przytuli, bo emigrację ma obcykaną, wszystko wie, co gdzie załatwić, z kim gadać, chętnie pomoże, zna ludzi. W polskich sklepach jest zwykle mata korkowa, a na niej ogłoszenia. Dowozy na lotnisko i z lotniska, Sebastian transport-bus. Pierogi, uszka, gołąbki zrobię w dużych ilościach. Dam pracę opiekunka do dziecka od zaraz wymagany własny samochód praca z dzieckiem dwuletnim. Rozliczę podatek. Pomoc w tłumaczeniu tekstów, CV, listów motywacyjnych, korepetycje z angielskiego.

W polskich sklepach można kupić czasopisma, a czasami kryminał nieznanego autora. A czasopisma to głównie Angora, Cosmopolitan i Pani Domu. Można kupić Kreta do udrożnienia rur. I płyn do higieny intymnej Ziaja. Można kupić ogórki małosolne, a przed bożym narodzeniem uszka i pierogi. Można się wpisać na listę chętnych do kupienia kutii, słoik litrowy, siedem funtów. Można kupić polski cukier, polską sól, sól ziemi polskiej, można kupić żurek w proszku lub w butelce, suszony koperek i majeranek, wegetę, magi i zupki chińskie Vifon. I napoje energetyzujące Tiger.

W polskich sklepach jest tak, że wchodzisz i od razu czujesz jakbyś wrócił do kraju. Jakbyś miał namiastkę ojczyzny. Stoisz pod półką z ogórkami konserwowymi i rozmawiasz z obcą osobą, że no ja tu robię, w Irlandii, już będzie osiem lat. I pod tymi ogórami, burakami i kapustą usłyszysz pytanie, a skąd jesteś z Polski? I powiesz, spod Wrocławia. A ktoś cię zapyta, o a to znasz może Wojtka, zapomniałem nazwiska, on pracował w telekomunikacji we Wrocławiu, wysoki koleś. W polskich sklepach czujesz się bezpiecznie i swojsko. A jak z nikim nie gadasz to możesz poczytać sobie etykiety i jest duże prawdopodobieństwo, że ci taka etykieta wyciśnie z oka łzę, taka konserwa turystyczna, takie Łaciate.

Pamiętam jak poszłam do polskiego sklepu kiedyś, w tłusty czwartek, bo obiecałam B. kupić pączka. Pączki leżały w kartonach, a kartony na podłodze. Na kartonach były różne napisy: dżem, marmolada, toffi, róża. Wzięłam z różą i lukrem, co się załamywał w puzzle. Stanęłam w kolejce. Przede mną kilka osób, każdy z torebskiem pączków. Każdy z komentarzem na ustach. Że muszę mojemu kupić, bo przesz mnie zabije, jak to tłusty czwartek bez pączków i faworów. Na co druga baba, ja fawory sama robię, mój to najbardziej lubi takie już starsze, z dwóch dni, on lubi jak mu coś chrupie. Na co trzecia, mój to z kolei najbardziej lubi oponki. Ale tutaj nie robię, w Polsce robiłam, tutaj coś nie mogę, coś oni tu mają te garnki nie takie, a idź w cholerę, muszę sobie jak teraz będę w Polsce przywieźć swoje gary. Baba numer jeden mówiła zaś, jeszcze pani Basiu, pani mi skroi tej polędwicy sopockiej dwadzieścia deko. I jedną metkę wezmę, kochana, lubię tak sobie piętkę z masełkiem troszkę i z metką, ogóreczkiem obłożyć. I byłam w tej kolejce jedyną osobą, która nie powiedziała słowa w związku z czym ekspedientka powiedziała do mnie ‘hi, how are you?’.

A jak poznasz Polaków zagranicą to oni prędzej czy później powiedzą ci, a to w polskim sklepie kupiłam, funt dwadzieścia czy ileś, ale naprawdę na długo starcza, zresztą ja tutaj to nie kupię płynu do naczyń, bo do dziadostwo, a w polskim sklepie Ludwik, myśmy w domu zawsze na Ludiwku jechali. A jak cię zaproszą do domu to na talerzyku jest szansa, że będą z polskiego sklepu andruty, w szklance paluszki z diamencikami soli, a w radiu radio zet i jakiś wieczór z Lady Pank, bo to w sumie fajnie czasami posłuchać, mi się od razu polskie imprezy przypominają, w Polsce było zajebiście, tutaj jest zupełnie inaczej.

wp_20161023_003

Advertisements