Jerk

Właściciel restauracji nazywał się jakoś tak Jerk.

Serwujemy tu, Maria, owoce morza, powiedział. Lubisz owoce morza, Maria? Jadłaś kiedyś owoce morza? Macie w Polsce owoce morza? Tyle tych owoców, tego morza tyle, a wyszło, że wędzony łosoś, tuńczyk z puchy i zupa z rybną nutką. Ale napis wywalony, BISTRO SEA FOOD, dobra. Serwujemy też północnoirlandzkie śniadania, czyli śniadania brytyjskie, choć mogłabym za to dostać po gębie, kiełbasa w głębokim tłuszczu, w głębokim tłuszczu grzyby, jajko w oleju calutkie, boczek i chleb sodowy, miliard osiemset kalorii od bladego świtu. Wszystko, co tu serwujemy, Maria, jest przesadnie drogie i zupełnie niesmaczne, zależy nam głównie na tym, by zarobić na kliencie, co wejdzie i nigdy nie wróci, mamy w dupie jakość, Maria, sama się zresztą przekonasz.

Mówi do mnie raz, Maria, pokażę ci jak zrobić ciasta. A ciast serwował sto. Pierwsze ciasto, Maria, robimy tak, bierzemy 18 batonów Mars, lubisz te batony, Maria?, rozpuszczamy je w wielkiej misce razem z kilogramem mlecznej czekolady, wlewamy litr syropu niby klonowego i pół kilo dmuchanego ryżu o smaku toffi. Wylewamy na blachę, schładzamy i jest. Drugie ciasto, Maria, nazywa się fifty’s. Tak się śmiesznie nazywa, bo wszystkiego dajemy tu po 50. 50 ton cukru, 50 litrów skondensowanego mleka, 50 milionów różowych i białych pianek pociachanych nożycami, 50 kilo pokruszonych ciastek imbirowych, wszystko to mieszamy w rękach i zawijamy w papier, posypujemy wiórami kokosowymi, chłodzimy i o. Trzecie ciasto to głównie czekolada, cukier i lukier. Czwarte ciasto to cukier i masło. Wszystko mi pokazywał Jerk naraz. Ciasta, mięsa, przystawki. Mówi do mnie, będziesz u mnie szefem kuchni, a ja jeszcze wtedy myślę sobie, wow. Pierwszego dnia pracuję z Jamesem. James śpiewa wszystko, co leci w radiu, co jakiś czas przytyka sobie butelkę z mlekiem do krocza i w rytm popowych hitów kołysze się przód tył, rozlewając mleko po podłodze. Ma przy tym kupę śmiechu. Za chwilę przychodzą kelnerki, każda stara jak świat i każda na świat obrażona. James zapytuje je o seksualne doznania ostatniej nocy. Znowu śmiechu jest po pas. Po chwili dochodzi jeszcze dziewczyna ze zmywaka i okazuje się, że to już, pięć osób na krzyż, moje nowe koleżanki i koledzy. Dowiaduję się, że w tygodniu pracuje jeszcze Jason, który nie cieszy się jednak taką sympatią jaką cieszy się James, nie jest, zdaje się, tak zabawny i pomysłowy, ma za to skłonność do alkoholu. Jason, faktycznie skłonność ma i faktycznie nie cieszy się sympatią, gdyż wszystko co mówi, mówi pod nos, nie jestem w stanie zrozumieć najkrótszego słowa, pytam Jasona po sześć razy, on cierpliwie sześć razy odpowiada, ja ciągle nie wiem. Myślę więc, by konstruować pytania w taki sposób, aby Jason mógł krótkie tak czy nie. I Jason mówi tak czy nie, a ja ciągle nie wiem. Jason jest dla mnie bardzo miły i odwozi mnie po pracy do domu. Całą drogę opowiada coś, a ja przytakuję w przypadkowych miejscach, robię różne miny od zdziwienia po dumę i tak sobie jedziemy.

Restauracja Jerka to najgorsze miejsce na świecie. Jerk jest jej najgorszym elementem. Przychodzi i mówi, Maria zrób mi jakieś śniadanie, zaskocz mnie, Maria, i siada do stołu, całkiem gruby i zidiociały, szef szefów, król króli, gruba ryba. A ja nie chcę mu robić śniadania, bo muszę zrobić sto innych rzeczy, nikt mi nie pomaga, kelnerki są na mnie obrażone i obrażone są na miejsce, w którym przyszło im pracować już sześćdziesiąt lat, przychodzą do mnie i są z miejsca niemiłe, wszyscy są niemili poza Jamesem, który tryska mlekiem na podłogę. Jerk czeka na śniadanie, a ja jestem w tej kuchni sama, takim właśnie uczyniono mnie szefem, że szefuję sobie tylko, innym usługując. Jerk czasami wchodzi do kuchni i zmniejsza mi gaz pod jakimś garem, chociaż ja celowo tak mocno go mam, ja mam wszystko pod kontrolą, on mi wszystko rozburza. Kiedyś mówię mu, tu nie działa młynek do mielenia rzeczy, a Jerk patrzy na młynek pod każdym kątem i w głowę zachodzi, i nakłada na młynek pokrywkę i pokrywkę ściąga, a obok młynka leży maleńki magnesik, co się jakoś tu zawieruszył i Jerk jest przekonany, że to kluczowy jest młynka element i przytyka go raz do pokrywy, raz do kontaktu, a ja stoję i chce mi się płakać, że świat znowu dał mnie wpośród idiotów. Raz przychodzi i mówi, Maria, co nie wydajesz jedzenia nic, ludzie czekają, a ja mówię jacy ludzie, jakie jedzenie, ja tu nic nie wiem, i on patrzy na drukareczkę do drukowania paragonów, a drukareczka nie działa, Jerk cały staje się znakiem zapytania, bierze drukareczkę i czyści szmatką, a ona nie działa i nie działa, i Jerk już nie wie, co więcej zrobić może. A raz wchodzi i mówi, tyle ludzi, Maria, na restauracji, pomogę ci, i jajka robi w koszulkach, wyciąga je z wody, na brudną ścierkę kładzie do wycierania stołów, żeby obeschły kapkę, żeby się po talerzu nie lały, bo to nieładnie, Maria. Tą samą ścierką przeciera każdy talerz, jak jakaś plama, jakaś strużka sosu. Wszystko ma w głębokim oleju, ziemniak, kurczak, boczek, grzyb. A polskiej kuchni nie lubi, w Polsce był, w Krakowie, bo tłusta, pierogi to w ogóle fuj, ohyda, oj, Maria, Maria, ale wy tam jadacie w tej Polsce dziwnie, i dziwną macie tą kopalnię soli.

Mówi mi, codziennie musimy zupę robić, Maria, umiesz robić zupę? Najłatwiej jest zrobić ziemniaczano-porową, bierzesz ziemniaki i por, obierasz, trochę kroisz, ale możesz też takie byki wsadzić w garnek, nie myj, mycie zabiera czas, tymczasem błoto i zgnilizna wygotują się przecież, Maria, w wywarze, który robisz z bulionu, tu trzymamy bulion w tym wiadrze, normalnie ręką trochę nabierz i do garnka daj, później blenderem na krem zrób, my tu raczej nie gryziemy, po nas wszystko pięknie spływa.

Zrób stuffing, Maria, jak to nie wiesz, co to stuffing, nie macie w Polsce stuffingu? Bierzesz suchy chleb, taki sprzed miesięcy nawet, mielisz w młynku, dowalasz cebulę, co jechała godzinę na maśle w sąsiedztwie suszonej szałwii i zęba czosnku. Wyrabiasz w rękach i wkładasz do worków, farsz gotowy, na kanapkę jak znalazł, kanapka z chlebem. Mówię mu, ty zakuty łbie, ten chleb jest zielony od pleśni, a on na to, i co z tego?

Tu masz, Maria, strój kucharski ci przyniosłem, a ja mówię, to jest na mnie za duże, to jest ściągnięte z wielkoluda, a on, że to tymczasowe rozwiązaniem, Maria, chwila moment ci lepszy załatwię, strój mi zwisa do podłogi, kolana mam nad stopami, chce mi się płakać, ale przewiązuję się sznurem w pasie, wyglądam jak uboga osoba, co dostała rzeczy po otyłym bracie, a brat po otyłym tacie, on mi jeszcze mówi, ty to, Maria, pierz codziennie, masz być schludna i czysta, ciebie ludzie widzą, bo oczywiście kibel dzielę z klientem i czasami czekam na swoją kolej pośród pań na obcasach i w puszczonym loku, i czuję się najokropniej wtedy i chcę powiedzieć tym paniom, nie jedzcie tu, tu straszny syf, ścierki od podłogi latają po talerzach, ale nie mówię słowa i tylko patrzę się sobie w crocsy i myślę, dlaczego tu jestem, przecież jestem dobra. A później odchodzę stamtąd, i Jerk się cieszy, bo nie widział we mnie potencjału, nie lubił mnie, bo byłam naburmuszona jakaś, jakieś takie niewdzięczne są te dziewczyny z Polski.

Advertisements

poszukiwania

Szukanie pracy to oczywiście najgorsza rzecz na ziemi. Na przykład wysyłasz siedem miliardów CV dziennie, a nie dostajesz pół odpowiedzi, nie powie ci słowa nikt. Drugiego dnia to samo, trzeciego i piątego też. Nikt nic. Patrzysz więc na komputer, myślisz, nie działa może, dmuchasz leciutko w klawiaturę, z której tryska niespodzianie fontanna paproszków. Dmuchasz mocniej, myślisz, ach więc to tak. I wciskasz f5. Mejli nie było i nie ma. Nie dochodzą. Po tygodniu popłakujesz przy śniadaniu, normalnie płaczesz sobie w bułkę, w jajko, a zaraz wracasz do komputera i pulsacyjnie walisz w f5, bo ci się wierzyć nie chce. Później idziesz na ogród, wystrzeliwując w pod wąs łańcuchy bluzgów, na koniec siadasz w wiklinowym krześle i z całej siły machasz nogą, że teraz to ty to wszystko pierdolisz. A zaraz znowu. Roztkliwiasz się przy pierwszej lepszej czynności, ot robisz herbatę, gdy ni stąd ni zowąd drżąca broda rozpoczyna uwerturę. Tak w kółko. Wieczorem odrobinę lepiej, wieczorem, wiadomo, nikt w CV nie zagląda, z ulgą siadasz więc w fotelu i patrzysz w serial. I raczej się koncentrujesz, raczej gra, tylko w tych chwilach, kiedy idziesz do toalety lub lodówki, coś mówi ci, nie masz pracy, wszyscy mają, a ty nie, nie będziesz mogła kupić chleba niedługo i kurtki na zimę. I to są momenty, kiedy ciężko przełyka się ślinę. Kiedy zatrzymuje się film i pyta się chłopaka, ej uważasz, że znajdę kiedyś pracę, ale powiedz serio. Nocą chłopak w najlepsze śpi, ty najgorsze masz o sobie myśli. Rano całe osiedle wsiada do aut, tylko nie ty. Ale rano jeszcze gra. Zaparzasz kawę w pidżamie w owce i barany, nawet coś tam sobie nucisz, zaraz siadasz przy biurku, otwierasz pocztę zaraz i w ogóle cię nie zraża, że tam nic, bo dzisiaj masz plan, by posłać motywacyjny list z nutką wariacji, dziś wda się w pisanie jakiś kolokwializm, życie prawdziwe się wda, twoje prawdziwe ja. Wysyłasz listów plik i pieczesz ciasto, i już dobrze wiesz, że za chwilę rozdzwoni się telefon, zapcha skrzynka pocztowa. Śpiewasz wręcz po kuchni, robisz do lustra miny, otwierasz okna, jest wiosna, patrzysz sobie spokojnie w ogród. Po kilku godzinach z filiżanką kawy lecisz do komputera, by oficjalnie, nieco po królewsku zobaczyć, która z ofert najdogodniejsza. I z wrażenia zasycha ci w ustach, gdy poczta przynosi jedynie zaproszenie do spa. Dupa. Nie wiesz, co robić, masz ochotę walnąć ciastem w ścianę. Masz ochotę napisać każdemu obraźliwego mejla, co to ty o nich nie myślisz, czego im nie życzysz, masz ochotę krzyczeć i ryczeć. Cierpliwie jednak przeglądasz ogłoszenia, choć je znasz na pamięć, masz łzy w oczach, mieszkasz w małej mieścinie, tu nie ma tysiąca firm, do wszystkich, co ci leżały wysłałaś już coś, koleżanki sugerują, zatelefonuj, więc dobra, dzwonisz, nie, nie potrzebujemy nikogo teraz, wszystkiego dobrego, powodzenia, płaczesz bezgłośnie, żałośnie.

Po kilku tygodniach dzwoni do ciebie jakaś baba i mówi rozmowa, jutro, Belfast, praca w reklamie, i nic więcej nie mówi, ale ty niczego więcej nie potrzebujesz, ty już myślami siedzisz w biurze, wymądzasz chwytliwy slogan, patykiem objaśniasz slajdy i nadajesz z koleżankami i kolegami, pijąc kawę przy wielkiej firmowej lodówie wypchanej jogurtami i kawałkami arbuzów na szefową, że nerwowa. Na rozmowę przychodzisz w obcasach i kiecce, siadasz, czekasz, wkoło inni, czarno-biali, nagle po ciebie ktoś, malgorsata?, oho! Jakiś rozentuzjazmowany pan cieszy się na twoje przybycie, jak się jeszcze nigdy nikt nie cieszył. Całym ciałem opowiada ci o firmie, co to nie oni, jakich to metod nie mają, jak klienta zdobywają. Starasz się dopytać, co to za klient w ogóle, co to za metody, o co to chodzi, ale na próżno, w internecie też niewiele było, po prostu biuro reklamowe i o.  Biuro reklamowe chce mnie do grupy, choć nie wykazałam się niczym, co miałoby ich przekonać, w ogóle ledwiem się przedstawiła. Ale dobra. Jutro dzień próbny. Nie wiem, co myśleć, myślę więc dobrze, tyle tygodni minęło, na miły Bóg. Następnego dnia siedzę z czarno-białymi, każdy połknął kij, siedzimy godzinę, czekamy na cud, nagle wyłazi po mnie pan, na oko byczek, w garniturze, w na żel fryzurze, prowadzi mnie do biura, w którym pan z czołem przesadnie podniesionym przedstawia mi byczka jakoby on nie jedną zdobył w swym życiu nagrodę, w zakresie marketingu szczególnie, reklamy i promocji, byczek całą głową patrzy w sufit, ja że spoko loko, gratsy, oni do mnie, byk mnie na trening weźmie. To idę. On z neseserem, ja bez, on mówi, pojedziemy dziś do  Ballycastle, po drodze opowiem ci o firmie, pokażę czym się zajmujemy, pokażę jak rozmawiać z klientem, zobaczysz sztuczki i triki, pod koniec dnia sama spróbujesz zdobyć klienta, a następnie powiemy ci, czy nadajesz się do naszej firmy. Ja, że hola, hola, Ballycastle to godzina drogi w jedną, powiedz mi, byku, czy wy po domach chodzicie, bo mi tu coś śmierdzi chodzeniem po domach. Na co byk, mamy świetne metody. Na co ja, czy wy od drzwi do drzwi sprzedajecie coś? Na co byk, czasami ktoś nas na kawę wpuści, na ciasto. Na co ja, na skraju płaczu i krzyku, że nie jadę, że w dupie mam taką pracę, że zaraz oszaleję po prostu, tak w chuja robicie dobrych ludzi, byk stoi cały wzdęty, że o co mi chodzi, świetne metody, firmowy neseser. Idę stamtąd. Idę z zaciśniętymi pięściami, siadam w kawiarni i otwieram oferty pracy, dekarz, piekarz, lekarz.

Po kilku tygodniach odzywa się do mnie pan. Pracę dam. Tu do mnie ludzie przychodzą, do mojej organizacji, spłakani, zagubieni, dużo Polek, najwięcej to Polek przychodzi właśnie, po trójce dzieci mają, dzieci z jednej mamusi, z kilku tat, one tu siedzą i słuchają miminych rad, coś by się z nimi zrobiło, czegoś nauczyło, rozbawiło. Cała jestem na tak, mimo że praca się zacznie za dwa miechy dopiero, cała jestem, że pan mi z nieba spadł. Myślę, cokolwiek znajdę teraz, hop siup, na te miechy dwa, ot lecę w restaurację pierwszą, myślę, ostatni w życiu raz, tam akurat szef stoi, każe mi siadać, patrzy w cv i nagle, że on mi pracę da, bo ma, ot właśnie szuka szefa. Szefa kuchni. I to będę ja. I najgorsza w życiu praca ma. Miesiące dwa.

Craigavon

Zamieszkaliśmy w miejscowości tak maleńkiej, że nie ma kościoła. Biblioteki. Knajpy nie ma. Kawiarnia to tylko w centrum handlowym. Bo centrum handlowe jest. I park z jeziorem. I przystanek autobusowy z którego możesz do pobliskich miast. W 17 minut. W jednym mieście jeden pub, w drugim drugi. Po dwie kawiarnie. Po kościele. Po basenie. Po Subwayu. Nie ma kina. Kino będzie dopiero za kilka miesięcy. Będzie niesamowita z kina radość i fotele rozszarpane w mig. Jest milion sklepów z używaną odzieżą. Tyleż drogerii. Niewiele restauracji za to w każdej kurczak w cieście i wszystko w głębokim oleju. Sporo kebabów i smażalni o wymiarach fotobudki. Sporo sklepów, że wszystko za funt. Bank na banku. Mięsny na mięsnym. Warzywniak. Karaoke w każdy czwartek. Dużo organizacji wspierających ofiary agresji, depresji i niepowodzeń. Wszystko otwarte od 9 do 18. Tylko Tesco całodobowe. A w Tesco wszystko. Jak pierwszy raz byłam, wyłam. Że półki jak nieskończone myślniki, towary jak wykrzykniki. Że ile smaków wszystkiego, ile kolorów, jakie ceny przystępne, jakie piękne dzbanki do herbaty.

W ogóle na starcie to był raj. Dom wielki z wielką kuchnią, salon z kominkiem,  ogród i w nim zieloność, wanna w łazience, łazienka jak dla trzech, a nas dwoje, rower błękitny, pomidory czerwone i pękate. Do tego loty stąd wszędzie, mogę spontanicznie do Hiszpanii, mogę do mamy ot, cześć, na bigos wpadłam. Na starcie to był raj, bo na starcie nie musiałam pracować. Przez trzy miechy. Na zasiłku pociągniętym z Islandii, jak królowa na długich i płatnych wakacjach mogłam wszystko. Mogłam urządzać dom i prowadzić ogród. Mogłam patrzeć w okno i spisywać myśli w kajet, jak to robią dziewczyny na filmach. Mogłam jeździć rowerem i nigdzie się nie spieszyć, na basen mogłam codziennie, mogłam nauczyć się ciasta piec, nadrobić lektury, języki podszkolić, próbować fryzury i stroje, mogłam przewieszać firany i jedyny w domu obraz, i posprzątać w komputerze. Mogłam obejrzeć Przeminęło z wiatrem, bo nie widziałam. Napisać mejle i powieść, na wolontariat pójść, coś pomóc w czymś komuś, mogłam uporządkować myśli i kremować buźkę. Mogłam kąpiele brać i jeść na śniadanie lody. Wstawać o każdej godzinie i siedzieć w łóżku z serialem o babach. Mogłam każdy dzień spędzić inaczej, a wszystkiem spędziła jednakowo. Przez pierwszy miesiąc. Na telefonie spędziłam, płacząc i krzycząc, że proszę mnie nie przełączać, proszę mnie wysłuchać, proszę załatwić moją sprawę!

Tak o: jeśli popracujesz minimum pół roku w kraju, który wchodzi w skład europejskiego obszaru gospodarczego i na terenie tego kraju staniesz się osobą bezrobotną i zechcesz wyjechać za pracą w inne miejsce (EOG) to ów kraj, coś w nim robił może, jak się zakręcisz, wypłacać ci pensje przez trzy miesiące. Formalności prawie nie ma, dwa dokumenty na krzyż. W nowym miejscu musisz do urzędu pracy pójść, dać dokument, podpisać dokument inny, który faksem szybciutko leci w kraj poprzedni. I już. Pikuś. Masz na to pięć dni roboczych. Załatwiania pięć minut. To idę. Baba patrzy jak sroka w gnat. To na mnie, to na dokument. Więc jej mówię, że przyleciałam z Islandii, stamtąd mam zasiłek, tu mam dokument na potwierdzenie, czy może pani przefaksować im inny dokument, co mówi tyle tylko, że tu doleciałam, że się zarejestrowałam. Sroka w gnat. Słup soli. Kamień w wodę. Przyłazi druga baba. Zaraz trzecia. Trzeba będzie wypisać dokumenty. Dokumentów trzy kilo. Prośba o zasiłek. To im mówię, nie nie, ja zasiłek mam, ja tylko panie proszę, żeby im potwierdzić, że jestem, doleciałam, że się zarejestrowałam, raz, raz, raz, bo mi tu leci czas. Baby, że nic z tego, dokumenty trzeba pisać, taka procedura. To piszę je dla świętego spokoju i lecę z nimi drugiego dnia. One że dobrze, to teraz proszę czekać kilka tygodni, aż zapadnie decyzja. Jaka decyzja? O przyznanie zasiłku. Ale ja już mam zasiłek, proszę mi przefaksować ten dokument, i po sprawie. To nie leży w naszej kompetencji. A co leży? Proszę czekać, od czterech do sześciu tygodni. Te dokumenty wyślemy teraz dokądś, stamtąd gdzie indziej, później jeszcze gdzieś, aż kiedyś trafią do Belfastu, ktoś kiedyś pochyli się nad nimi, coś postanowi, da nam znać, a my damy znać pani, tymczasem do widzenia. Więc przychodzę z B. następnego dnia. I z miejsca, że z kimś kompetentnym chcemy, baby oburzone, nastroszone, znowu ta Islandka przyszła, dobrym ludziom żyć nie daje. Kompetentna mówi, że nic zrobić nie może, ma związane ręce, faksu nie prześle, bo to nie jej brocha, poda mi za to numer na infolinię, o. Dzwonię. Odbiera na chybił trafił ktoś, opowiadam, co za sprawa i słyszę, że a to nie w moim zakresie jest, już przełączam, gdzie trzeba, opowiadam znów, znów ktoś, że a co to to nie, to gdzie indziej trzeba zagadać, więc zagaduję od nowa, na co ktoś, transfer pieniężny to nie tu, to mamy specjalne podbiuro, w podbiurze nikt nie wie nic, ktoś mi sugeruje, bym wróciła do bab i je poprosiła o wysłanie faksu, może jednak wyślą. Osły i barany. Wracam do bab, a one nie i nie. Pięć dni roboczych strzeliło jak z bicza, Islandia mi pisze, co jest grane, zasiłek zatrzymany, w gruzach moje plany. Drukuję dokument, o który w całej tej sprawie chodzi, niosę babom, a one, że skąd to mam. Z internetu, mówię, choć mam ochotę powiedzieć co innego. Baby mają miny jakbym im zhakowała system. Jedna z nich śmiało a głupio pyta, że to czemu se sama nie wyślę. Kulą w płot. Inna jeszcze głupiej na mój podniesiony ton, że młoda damo sprawa nie jest taka prosta, my teraz musimy usiąść z Islandią i omówić pani sytuację, czy i jaki pieniądz pani dać, na które konto i w której walucie słać. Mam otwartą buzię i nie mam słów. Po 28 dniach(!) wycia i głową w mur bicia, dzwoni mi telefon, w telefonie pan obcy, że słyszał historię moją(!) i że z pomocą przybył. Że mam wrócić do bab, prosi, i przekazać numer jego. Baby dzwonią i z miejsca, że ręce związane, umiejętności nie dane, ogólnie raczej wyjebane. Ale nagle cud, nagle baby milkną, słychać w tym milczeniu jedynie przełykanie śliny. A po chwili nerwowe klikanie myszką, buzia w ciup i posłuszne kiwanie głową. Po 28 dniach na moich oczach drukuje się dokument – choć z tym drukowaniem też cyrk, bo baby musiały zawezwać z innego działu kogoś, by im pokazał jak i co – babom oczy wychodzą, że można, że się da, że to o to chodziło, haha. Wszystkie pochylone jak nad namacalnym cudem, jedna zamaszysty podpis kładzie, największa akcja w tej dekadzie.

Baby wysłały dokument pocztą tradycyjną, nie wiem, czy po złości, czy z durności. Takie tutaj przyjemności.

opinie

raz

Podoba ci się na Islandii, pytam koleżankę z pracy, która po pierwszym kwadransie zdążyła powiedzieć mi już o zaręczynach z chłopakiem, z którym chodzą trzy lata, o tym, że musi do ślubu schudnąć, chociaż w ogóle nie wie, kiedy ten ślub, bo chłopak pierścionek dał, a teraz nie ma tematu, schudnąć musi z dychę lekko, bo też lekko dychę przytyła, pokazała mi już zdjęcia jak wyglądała kiedyś oraz program w telefonie, który wyszczupla to i owo, zmienia kolor włosów, chwała bogu ten program jest, w życiu by się ludziom na oczy nie pokazała gdyby nie on. Islandia jak Islandia, odpowiada, drogo. Pytam gdzie była, skoro trzy lata jest pewnie widziała wyspę sto razy. A ona, że lubi do Kringlana pochodzić, bo tam fajne promocje mają, ostatnio torebkę za pięć tysięcy kupiła, a normalnie torebka z Prady za sto chodzi. Fajnie też mają w Perlanie, dobre jedzenie, można jednorazowo siedem tysięcy dać i jeść do woli, naleśników, ciast, ona z chłopakiem często właśnie sobie chodzą, bo mają tam naprawdę świetne jedzenie. Te naleśniki szczególnie, bo tam normalnie dają gotowany ryż z jakimiś głupimi warzywami i z szynką, to jest zapieczone pod serem i z takimi sosami czosnkowy, jogurtowy, jaki chcesz. I jest fajnie podane, na cały talerz taki naleśnik, idzie się najeść. Po ośmiogodzinnej zmianie z głową jak arbuz lecę do domu. Tak teraz będę latać tygodniami. Koleżanka ma serce ze złota oraz złote wstawki w czubie buta, wczorajszych lokach i na powiekach. I często przynosi do pracy kosmetyki, bo za misję obrała malować mi buzię na różne sposoby, by w końcu odnaleźć ten właściwy. Koleżanka jest ze mną szczera, uważa bowiem, że szczerość jest lepsza od kłamstwa. Ja na twoim miejscu gdybym miała takie włosy kupowałabym sobie różne peruki, powiedziała. Albo, proszę cię, po co ty te studia kończyłaś, jak i tak nie znasz wszystkich słów. Mówi raz, tak ugrzęzłam, że nie mogłam wygrząść, a ja baranieję. Latte robi panu. Mleko zagotowane, mleka za mało to nawala bitej śmietany, składa jakąś karteczkę na pół, w karteczce na kształt serca dziura, kakaowe serce i śmietany chmura. Z islandzkich dań najmocniej lubi nogę lamby. Potrafi usiąść i zjeść do telewizora. Ryb nie lubi, ohydnie je tu podają, zero panierki, surowa ryba. Buzia nie zamyka jej się nigdy, zna wiele języków, sama się nauczyła, you have very, very, really, really big fart, mówi do pana raz, który pan oznajmia, że ucieka z wyspy od tych sztormów, co dzień po dniu. Mówię jej, ale ci fajnie, masz pięć wolnych dni, będziesz zwiedzać coś? A ona, że a co tu do zwiedzania niby, daj spokój, do spa pójdzie na pewno, bo akurat zbliża się rocznica z chłopakiem, to oni wtedy zawsze do spa i na kolacje, w domu też porobi taką sałatkę z majonezem, że dużo, dużo, majonezu, ziemniaki, szynka, kapusta pekińska i jajko, zajebista sałatka, serio spróbuj sobie.

dwa

Siedem lat tu mieszkasz? I jak ci się podoba, pytam drugiej koleżanki w drugiej pracy. A daj spokój, Gośka, tu gówno, zimno, wieje, jakbym mogła, to bym wyjechała dzisiaj. To czemu nie wyjedziesz? Bo nie mogę, córka w domu, dla córki robię, na Litwie mało roboty, pieniądze małe, byłam w Niemczech trzy lata u koleżanki, w Niemczech super, ale praca się skończyła, mój facet tu się załapał w fabryce aluminium, to ja za nim. Do ryb poszłam, w rybach dobre pieniądze, ale fizycznie nie idzie wytrzymać. To po hotelach zaczęłam, na kuchniach. I tak siedzę siódmy rok. Facet dawno wyjechał, ja zostałam, córka przyjeżdża na wakacje, też sobie dorobi, ale resztę czasu sama jestem, tyle co z sobaką. Ja Islandii nie lubię. Za zimno. W zimie ciemno, dla kogo takie życie. Ale pieniądze dobre. Ja dla pieniędzy siedzę, żeby córka dobrze miała. Nigdzie nie byłam, nigdzie nie jeżdżę, nie mam samochodu, wynająć drogo, z kim pojadę? A mówisz, że ładnie tu? To fajnie, to oglądaj, Gośka, jakieś zdjęcia rób, to mi pokażesz, wy młodzi, to inaczej.

trzy

Kraj jak kraj. Ładny, nie ładny, nie wiem, raz byłem na północy, tak sobie, ale spoko, że oni tu nic nie znają, to i chętniej dają się zrobić w konia. Np. możesz ściągać rzeczy z Polski i sprzedawać im za dwa razy tyle, pyli się, normalnie buty, kurtki, co chcesz. Albo jechać do Vinbuda, nakupować browarów i na stronie dać, że dowieziesz do domu nawet w nocy. Mój ziomek ma firmę przewozową, pomaga w przeprowadzkach, mówi, że takie wałki robi na Islandczykach, że głowa mała. Bo oni głupi są, Polak by się tak nie dał. Taka laska też, pierogi robi, pączki, wszystko, i to sprzedaję Islandczykom, bo oni nie wiedzą jak się pierogi lepi, rozumiesz to? Ciemny kraj.

Tyle, moi mali. 30 stycznia wyjechałam z Islandii, popłakując w samolot. Zaleciałam w Irlandię Północną i zdawało mi się, nic mnie tu nie czeka zupełnie, żaden pewnie widok, to z okna, to na przyszłość. A na pierwszym zakręcie patrzę, stado baranów siedzi. I krajobraz jak z kolorowanki dla dzieci, którym dano tylko kredki w różnych odcieniach zieleni. A na drugim zakręcie drzewa po niebo, a jedno na drugim. A zakręty ciasne, zakrętów całe wstęgi. A w radio tylko, w Belfaście postrzelono dziś w oba kolana mężczyznę wychodzącego z restauracji; przecznicę dalej zmarł mężczyzna postrzelony w głowę, sprawca zbiegł. Do końca tygodnia deszcze i mżawy. Miłej zabawy.

111

wspominy

Jesteśmy z Marzeną w pracy, jest siódma rano, pijemy kawę, ona czyta mi wiersz, co będzie na jej ślubnym zaproszeniu zaraz, ja lekko popłakuję. Poruszona chwilą mówię nieskładnie, B. dostał pracę w Irlandii Północnej, my wyjeżdżamy, Marzena. A ona, nawet nie chcę tego słuchać i idzie przed siebie, ja za nią, stoimy w śniegu dla ochłody, popłakując weń obie.

Mi serce stanęło jak on to powiedział. I każde wspomnienie przed oczami. Jak myłyśmy szklane blaty na wschodzie, a wariatka pod każdym kątem sprawdzała, czy nie ma paluchów. Jak zabawialiśmy gości piosenką, by na zapleczu dociachać sałat i dopiec mięs. Jak na kucaka za wielką lodówą jadłyśmy z Marzeną surmilk z plamą syropu klonowego, codziennie o siódmej rano. I jak zakładałyśmy rajtki z lajkrą na zmiany wieczorne, wyjąc, że nam się nie chce. Jak na basen jeździłam sama jedna na świecie, na świata końcu, pośród gór, co do nieba, jak jadąc, śpiewałam na głos, bo mnie nie słyszał nikt, mnie nic nie obchodziło. Jak w hot pocie siedziałyśmy samiuśkie, ze śniegiem na grzywkach, odpoczywając od wariatki, która może jest zwariowana, ale zobacz, Gośka, ile my tu zarobimy. Jak piłyśmy wino z eleganckich kieliszków w nieeleganckiej budzie z widokiem na rów, w którym kaczka wysiadywała jajka. Te rozmowy nasze pod wino, gdybanie, wspominanie, planowanie. Nasz internet tam pamiętam, który raczej bywał. I krajobraz, który był. Jak jeden z kucharzy ryczał do radiowych piosenkarek, że tę miał i tę. Jak drugi kucharz trząsł się, gdy przyszło worek ziemniaków oskrobać, zupę ugotować. I jak kucharka kolejna otwieraczem puszki otwierała, wariatka krocie kasowała. Te dramaty nasze wschodnie, obyczaje i farsy. Pamiętam, jak w budzie z pościelą siedzieliśmy albo na pokojach, bo nam się robić nie chciało. Jak patykiem w ziemi grzebaliśmy, kiedy robić nie było co. Jak opłukiwaliśmy plastikowe kamyki, by je następnie przepchnąć przez wąskie gardła wazonów, kiedy wariatka stwierdziła, że zawsze się jakaś robota znajdzie. To nic nie wnoszące, pamiętam, niepotrzebne poprawianie serwet, żeby nie było krzywo. I to poczucie, że pucuję widelce na końcu świata. Jak postanowiliśmy wyjechać wcześniej, pamiętam, bo nas trafiał szlag i jak marzyła nam się stolica. Jak żegnaliśmy wschód kieliszkiem wina i jak na lekkim rauszu wlatywaliśmy w Reykjavik, nie mogąc uwierzyć, ile tu świateł, ile ulic. Nasz spacer pierwszy pamiętam, kiedy myślałam, zagubię się tu i nigdy nie odnajdę. I później jak po omacku leciałam, z zamkniętymi oczami. Pierwsze cappuccino pamiętam z Marzeną. Pierwsze wyjście do baru. Do kina. Jak wiało, pamiętam. Że się iść nie dało, a my przy samym oceanie. Jak piszczałyśmy, kiedy zobaczyłyśmy nowe mieszkanie. Z wanną, z tym oceanem właśnie. Że do sklepów blisko. Że sklep na sklepie. Nasze pierwsze święta pamiętam. Jak pierogi lepiliśmy do nocy, jak buraki popaliłam w piecu. I jak do rana siedziałyśmy z Marzeną, ubrane w prezenty, jak wtedy był sztorm i alarm, żeby nie wyłazić, i jak Marzena wylazła, żeby do okna pokazać mi jak w nią wieje. Jak lecieliśmy do pracy dzień po dniu, słowem nikt do nikogo, każdy dosypiał w biegu. Naszą pierwszą zimę pamiętam, jak było ciemno ciągle, jak nam się chciało spać, jak garściami tran jedliśmy i spirulinę. I jak w lutym jaśniej było, jak każden depresję podłapał pozimową, siedział zasmucony, ręką podpierał czoło. Cały okrągły rok pamiętam. Ludzi, których poznałyśmy. Pierwsze krępujące rozmowy, pierwszy nieudany żart. Jak B. mnie odwiedzał tu, jak ja do niego latałam, a później wysiadałam w Keflaviku i wiał we mnie wiatr, który nigdzie indziej nie jest tak przenikliwy. Jak jechałam z lotniska do miasta i nie mogłam, choć jechałam wielokrotnie, nadziwić się jak tu ładnie, jak tu nie ma nic. Tę zieleń omszałą pamiętam. I to jakie wrażenie zrobiła na mnie zieleń irlandzka. I robi wciąż. Jak mi B. powiedział wtedy, że jedziemy, ja się rozpłakałam w łazience, mi stanęły przed oczami te dni trudne, żmudne, te śniegi do znudzenia, ten mróz, jak z Marzeną biegłyśmy do sklepu po nocy, bo czegoś brakło, coś kusiło, jak wracałyśmy przemoczone i zmarznięte ciągle, jak nie mogłyśmy mówić ze sobą, bo wiało tak, że wiatr porywał słowa, jak alarmy buczały, żeby nie wychodzić, żeby szybko skryć się pod dachem i siedzieć do odwołania. Jak siedziałyśmy z buziami w oknach i nie było widać nic, bo na ulicach nikogo, bo drzewa ni pół, by wiatr się wyżyć mógł. I jak wyszłyśmy raz z ciekawości i śmiałyśmy się do rozpuku, że przyroda taka waleczna. Jak spadł śnieg po udo, a my zdecydowałyśmy się – mimo przestrogi – iść do domu, bo to przecież dziesięć minut, i jak nogi zadzierając pod brodę, szłyśmy minut czterdzieści. Te obrazy wracały do mnie strzępami, jak konfetti ze wspomnień. Jak Marzena gadała do baranów, a one do niej. Te kręte drogi pamiętam, jak się na nich bałam, jak krzyczałam. Te baseny wszystkie, z wichurą we włosach. Te ryby na obiad od poniedziałku do piątku, namiot przy samym lodowcu, huśtawkę w głębokiej dolinie, to mi w głowie siedzi i nie minie.

B. wyjeżdża po nowym roku, ja miesiąc później. Tymczasem jest koniec listopada, spieszmy się kochać. Latam po mieście, mówiąc, Marzena, wiesz jak ja za Bonusem będę tęsknić, za panią Krystyną z Bonusa? Marzena, wiesz jak za Babalu? Gdzie ja taką kawiarnię znajdę? Takie ciasto gdzie? Boże, i za Kexem, za Kexem najbardziej, za piwem tutejszym, za siedzeniem z Tobą tysiąc pięćset godzin i gadaniem po sto razy o tym samym, z kim ja obgadam kogo, Marzena? Z B.? B. w ogóle nie ma nic z dziewczyny. Z kim ja na basen zalecę? Do baru z kim? Z kim będę wino pić do świtu, nie mogąc się nadziwić, jak po tylu latach tyle mamy siebie do przekrzyczenia.

W dzień wyjazdu rozpłakałam się trzy razy. Ostatni raz w samolocie, kiedyśmy frunęli nad wyspą. Rozpłakałam idiotycznie, z otwartą buzią i bezgłośnie. I stewardessa zapytała, czy wszystko gra, i mi się zrobiło głupio. A na lotnisku czekał B. z bukietem kwiatów jak w hollywoodzkim romansie. I jak jechaliśmy to ja przeklęłam siarczyście, ile drzew. I przyjechaliśmy do naszego domu, w którym ogród, w którym życie od nowa, dorosłe i na serio. A po dwóch miesiącach wzięliśmy psa i nazwaliśmy go Bonus, i nigdy, przenigdy nie minie mi ta do Islandii miłość.

goście, goście cz. 4

Najpierw miał się wprowadzić B. Po piętnastu miesiącach miłości z oceanem pośrodku on przyjechać miał na amen z walizkami, z saksofonem. Ja cała przejęta, że czy nam wyjdzie, czy się uda, rozchorowałam się na cacy. On zaleciał w nocy, walizki ciągnął ulicą czarną i pustą.

Później miał przyjechać do B. kumpel. Na dziesięć dni. I nie ma, że po domu siedzimy, kto to widział, w tym kraju jest przesz lodowiec, połaźmy po lodowcu! W sercu byłam na nie, ale nikt nie zaglądał w serce me. Ani się obejrzałam, już czekan w ręce miałam, już raki wiązałam pośród innym popeszonych. Pan mówi, jak pod górę to trzeba z pupą nad piętami, jak w dół to na pingwina, niech każdy spróbuje, brawo, lecimy. Myślę sobie, tylko do domu wrócimy, zrywam, kto to widział dziewczynę ładną ciągać na zatracenie po lodowych pagórach? Zimno, ślisko, szaro. A w telewizji pokazywali, że lodowiec albo błękitny albo śnieżnobiały. Kłamali.

_MG_2744

Z lodowca jedziemy na Jokulsarlon. Ja już po raz trzeci, obcykane mam, choć Jokulsarlon to nie jest atrakcja nieruchoma, tu ciągle coś, panta rhei, wieje wiatr, kurtki nam nadyma, grymasi nam twarze. Więc zmykamy raz dwa do Kirkjubæjarklaustur. Tam jest hotel, w hotelu znajomy, nocleg po znajomości. Tam poza hotelem niewiele więcej, ot ze sto osób mieszka w mieścinie, a skoro nie dzieje się nic, pijemy rum, dywagując. Na wieczór ktoś drze się, zorza, zorza, a zorza pulsuje na bezkresnym niebie jak gdyby nigdy nic, my krzyczymy, sami tu – się okazuje – Polacy, w Polsce tego nie masz.

_MG_2781

Ten znajomy mówi, tam dziewczyna ostatnio zginęła na lodowcu. Ja, że jaka dziewczyna, jak. On, że normalnie, przyleciała ze Stanów, wakacje na Islandii, poszła na lodowiec sama, bez przewodnika i już, zaginęła tam, nie znaleźli jej i przestali szukać. Chłopaki cyknęły jeden przez drugiego w obliczu śmierci, ja cała roztrzęsiona drążę, że a to tak niebezpiecznie tam? A on do mnie, Małgo to jest lodowiec, on się przesuwa, ablacja, transgresja, regresja, on płynie, otwiera się jedna szczelina, ktoś w nią wpada i nie ma jak wyleźć, bo ślisko i ciasno. I już. Później mówi, tuż koło lodowca wielka góra jest, niepozorna, łysa. Tam kolega raz poszedł po śniadaniu. Zeszła mgła, on się zgubił. Zaczęło lać, zatarło ścieżkę. Idziesz chwilę w jedną stronę, myślisz, to chyba nie tu, idziesz w drugą, wszystko to samo, leje i wieje, nie widać nic, myślisz jak będę szedł w jednym kierunku długo i uparcie to na pewno coś, a parędziesiąt minut później zaczynasz wątpić, bo to jest loteria, w której ty idziesz po omacku, w której jest zimno i wiatr, i nie ma się gdzie schować. Znasz takie momenty, że idziesz na spacer z psem, oddalasz się od domu, myśląc, niech ma, kundel, a zaraz spada na was deszcz o wielkich kulach i już masz makijaż na całej buzi i kieckę przyklejoną do ud, i idziesz zła, co rusz podbiegując, i zawalił ci się świat, nie ma osłony żadnej, kaptura, wiaty, pies zachwycony, bo głupi, ty między szaleństwem a złością, z wolna godzisz się z myślą, że nic na to nie poradzisz, że do domu tęskno, dom daleko, że zdana jesteś tylko na siebie, musisz niestrudzenie iść. I znajomy opowiada o tym koledze, co w górach dzwonił do siostry w Polsce, mówił, zgubiłem się, nie wiem, co robić, ratuj mnie, siostra w internet patrzy, numer hotelu szuka, w którym brat robi, wysyła pomoc, oni go na wieczór znajdują, zmarzniętego, głodnego, odmienionego. Znajomy mnoży podobne historie w nieskończoność, ja sobie w głowie kalkuluję, ile razy bezmyślnie poszłam tu i tam, skąd tyle w nas wiary w nieśmiertelność.

Ale nie o tym miało być, miało być, że my na Vestmannaeyar popłynęli. Na archipelag. Promem. Wodą szarą i bezbrzeżną. Gdzie w wodzie głazy, na głazach puffiny krzyczące. Na Vestmannaeyer jest wyspa Heimaey, na której w latach 70. wybuchł wulkan. Najpierw były trzęsienia ziemi, później alarm, żeby nogę dać. I wszyscy lecieli do portu. Ale zanim ten wulkan wybuchł, sztorm był za sztormem, 12 w skali Beauforta, tak dzień po dniu. Dlatego cała flota rybacka w porcie stała, rybacy po domach. I to tylko uratowało mieszkańców wyspy, nie zginął nikt, odpłynęli wszyscy. Później wrócili. Posprzątali. Dalej żyli.

W Heimaey świeciło słońce. A my umieraliśmy z głodu. Więc najpierw na rybę dokądś. A to wcale nie jest łatwe. Nie ma, że restauracja za restauracją, że ktoś w czapce kucharza tańczy taniec naganiacza, patelnią wskazując drzwi do raju, nie ma że zewsząd pachnie baraniną, pieką się co krok pizze i ciasta. Na drzwiach jednej z niewielu restauracji popisane, że otwieramy ponownie w maju. A my mamy września środek.

W Heimaey poszliśmy do muzeum upamiętniającego tragedię wybuchu Eldfell. Pośrodku muzeum stoi dom wykopany spod lawy. I można mu zajrzeć w okna. I całej się dowiedzieć historii. Jak było przed wybuchem, jak sobie tu skromnie żyli, co jedli i pili, i jak uciekali wszyscy, domy zostawiając i wszystko w nich, i jak wracali z powrotem, a domów nie dało się wygrzebać już spod lawy i popiołu. I jak mimo to zostawali. Ze ściśniętym sercem oglądałam dokument, w którym cała wyspa łopata za łopatą dokopywała się do fundamentów i myślałam, jak silne może być przywiązanie do historii, jak silny sentyment. Heimaey nie wygląda jak miasto po katastrofie. Ma równo przycięte trawniki, spacerujących beztrosko mieszkańców, uładzone pola lawy, po których maszerują turyści.

W niedzielę pojechaliśmy na Reykjanes. Cały rok już w Reykjaviku mieszkam, mam Reykjanes rzut beretem, pierwszy raz jadę. I to jadę średnio chętnie, bardziej czytam książkę w aucie, bardziej się chichram pod nosem, gdy nagle głowę podnoszę i klnę. Z jednej strony góra, z drugiej woda, krajobraz niby znajomy, ale B. zatrzymuje brykę, wszyscy lecimy na łeb, na szyję, by kiwać głowami w niezrozumieniu, by głupio podskakiwać. A później w brykę i dalej. Reykjanes, się mówi, to Islandia w miniaturze. Są tu wulkaniczne góry, fumarole i krater, gorące źródła i klify, są puffiny, wieloryby i delfiny. Zaraz tu Blue Lagoon jest, gdzie też jedziemy, włazimy do ciepłych wód, pijemy zimne piwo, nad głowami mży i wieje, w głowie karuzela, w głowie epopeje.

A w poniedziałek chłopaki jadą na kilkudniową męską wyprawę, będzie koń, będzie żeglowanie, coś tam, coś tam, ja zostaję. Myślę, goście gośćmi, ja muszę troszkę sobie. A zaraz się okaże, że kumpel B. to nasz tu gość ostatni. Chwila moment B. mi powie, że dostał pracę w Irlandii Północnej. Że wyjeżdżamy, Gośka. A mi na moment zatrzyma się serce, że jak wyjeżdżamy, z tego raju?

goście, goście cz.3

W połowie maja znowu goście. Ci przywożą prezenty. Przywożą pierogi i ser. Żołądkową gorzką. I nawet nie chcą objeżdżać kraju w dwa dni, co dziwi, bo wszyscy chcą. A oni nie, im starczy Reykjavik, obecność moja im starczy, bo jestem fajniejsza niż wszystko. To spacerujemy. Pokazuję im Harpę, a oni jakby w niebie byli, oni na wszystko wow, na wszystko ale akcja, przez szklaną ścianę patrzą w ocean. Oni oglądają murale po mieście. Ja stoję jak głupek, zupełnie stoję nieprzygotowana, bo jak to według murali oprowadzać, nie wiem, gdzie murale są, wiem, gdzie są atrakcje, co mówi o nich przewodnik, atrakcje, o których na ostatnią chwilę czyta się w samolocie, a później egzekwuje. Nagle oni mnie prowadzą i mi pokazują, tu mural, tam mural, to jest miasto murali, widzę. W ogóle ci goście chcą łazić od rana po noc, zupełnie są niestrudzeni. Opowiadam im więc, tu jest Kaffibarinn, tutaj kręcili 101 Reykjavik, tu Prikid jest, mój ulubieniec, tu się ponoć od 1951 roku nie zmieniło nic, krzesło stoi jak stało. Tutaj macie sklep z suwenirem i pana, który nauczy was islandzkich słów, czy tego chcecie, czy nie, będziecie tam stali z pluszowym puffinem i cali czerwoni na buzi powtarzali za panem góðan daginn, co brzmi jak ‘konam, daję’, a znaczy dzień dobry. Prowadzę ich Laugavegur, główną ulicą miasta, po sto razy z góry w dół, tu jest Big Lebowski, tu się pija white russian i tańczy do świtu. Tu Bonus, najtańszy sklep ze wszystkich, w którym dostaniesz jaskrawożółtą reklamówkę z różową świnią, że skarbonka, że oszczędzasz. Lub że przynależysz do biedoty. Dalej Dillon, ciasnawa mordownia, w której muzykę puszcza 65-letnia Andrea o siwych włosach po pas, wszyscy ją tu znają, niedawno pisał o niej Grapevine. Tutaj macie polski sklep – Jubi – można w nim kupić pączki z lukrem, można sok malinowy z Paoli. Tu o – sklep z ubraniami dla podążających za modą, która podąża donikąd. Są suknie do ziemi i z bufonami, bluzki są z wydartymi rękawami i w ich miejsce nogawkami, wszystko osnute koronką, przepasane paskiem z fikuśnego zwierza, organic, eko, gluten free. Dalej sklep jest tajski, co ma taką wystawę, że można się zadumać jak się duma nad dziełem sztuki. Macha z niej wielki kot, manekineko, i tysiąc małych, gapi się z niej wielki pies, od psa większa jest tylko złota dłoń, wszędzie stoją szklanki z zatęchłą wodą, ogromny kwiat, karoca, barachło, wszystko złoto, wszystko świeci. Na Laugavegur jest muzeum penisa. Siedzi tam grubawy pan, sprzedaje bilet za biletem, papierosa pali za papierosem, cały otoczony baranim jądrem. Jest jeszcze Zebra z polskimi kremami, jest Tiger, w którym można tanio do domu pobrać, czy deskę, czy talerz. Jest Red Cross, w którym swetry z barana, knajpy w których można do rana.

Tak łazimy po mieście cały dzień, idziemy do starego portu, idziemy na hot dogi z budy, które też w przewodniku, olaboga tu Bill Clinton jadł. A później idziemy do Snapsa, do którego każdy pójść musi, jak tu przyjedzie, każdy, każdy, bo tam najlepsze jedzenie mają i klimat. W Snapsie siedzi Bjork, bo Bjork najczęściej siedzi właśnie tam. I moi goście już zupełnie mówią, ja pierdolę.

A rano jedziemy w świat. Jednak. Na biwak. Tylko wyjeżdżamy z Reykjaviku, trzy kroki, tam już kamień na kamieniu, serce na ramieniu. Mijamy wodospad, Seljalandsfoss. Można pod nim przejść, można caluśki obejść, zmoknąć kapkę i drzeć się z radości. Co robimy. A chwilę później jesteśmy na basenie pośród gór, Seljavallalaug. To jest najstarszy basen w Islandii, z 1923 roku, to jest niemożliwe jaki on piękny, ciepły i w oddali. Pływamy, tam i z powrotem, jakby się tę radość wypływać dało, rozmoczyć.

A później jedziemy na kemping do Thakgil. I jest to najpiękniejsze miejsce na ziemi, koniec, kropka. Za kilka miesięcy pojadę tam znowu z B. i będzie strasznie romantycznie, będziemy się huśtać na huśtawkach na tle nieba i gór, będziemy rzucać kamień w wodę i leżeć na trawie, i będzie jak w piosenkach o wolności i szczęściu. Ale póki co jadę z gośćmi, koglem jedziemy moglem, pyk, pyk, pyk, góra, dół, ciemno, wieje, pada, słowem się nie odzywam, choć mam strach w gardle, goście też kapkę nerwowi, tylko kierowca, że a co wy. W Thagkil jest jaskinia, w jaskini ławki, stół i grill. Goście grzeją kolację na butli z gazem, ja radośnie śpiewam, jest echo, są góry, mamy flaszkę żołądkowej, więcej grzechów nie pamiętam.

Pamiętam, że rano myliśmy zęby w strumyku, jedliśmy w jaskini jajka na boczku, że składałam namiot, że padało, pamiętam, że wszyscy poszli w góry tylko nie ja, że machali mi i krzyczeli, a ja odmachiwałam na opak, bo tacy byli mali, że nie wiem, skąd wołali. Pamiętam, że było zimno i chciało się spać. A później zjeżdżaliśmy z tej doliny piękniutkiej zawijasami ze żwiru, barany łaziły po drodze, myśmy pognali aż do Jokulsarlon. Lało, wiało, straszna dupa, foki się darły, co rusz z wody wystając. W punkcie informacji turystycznej można było zupę rybną. To cztery. Na wynos, bo panie zamykają. Zupę w koglu więc. Jeden nie doniósł, wylał w brykę, jest rumor, jest pisk. Zupa okropna, jak można zblendować wodne stwory, my się kłócimy a kilka kroków dalej płyną sobie bryły lodów, pyk, pyk, pyk.

A na wieczór nas Michał bierze w gorące źródło, niby chwila, zaraz w dom, a śpimy w aucie jeden na drugim, wytaplani i rozgrzani. I pijani. Rano słońce. Majaczące. I my też.


foty: Marianna Chade i Michał Łempicki